poniedziałek, 23 maja 2016

Zaskakujące zwolnienie Quique Sáncheza Floresa z Watfordu. Wyjaśniamy powody odejścia Hiszpana

źródło: Ballmonte, CC 3.0
Włodarze Watfordu, po zajęciu przez zespół bezpiecznej lokaty na mecie sezonu 2015/16 w Premier League, dokonali według opinii publicznej i większości środowiska piłkarskiego na Wyspach niezwykle dziwnej, kompletnie niezrozumiałej, a dla niektórych wręcz szokującej decyzji. Właściciele klubu z Vicarage Road, na czele z włoską rodziną Pozzo, postanowili podziękować za współpracę Quique Sánchezowi Floresowi, pomimo tego, że beniaminek pod jego wodzą ukończył sezon na przyzwoitym 13. miejscu. Dlaczego zatem po zaledwie jednym sezonie pracy rozwiązano kontrakt z 51-letnim hiszpańskim szkoleniowcem?

Sánchez Flores swój podstawowy cel, czyli utrzymanie Watfordu w angielskiej elicie, zrealizował bardzo szybko, ale niespodziewanie jego misja na Vicarage Road dobiegła końca. Może to dziwić tym bardziej, że popularne Szerszenie ukończyły rozgrywki na 13. pozycji (44 punkty – przyp.red.), a więc najwyższej od sezonu 2002/03.


Głównych przyczyn dymisji Sáncheza Floresa należy szukać przede wszystkim w ogromnych dysproporcjach w formie zespołu, które z pewnością rzutowały na podsumowanie rocznego pobytu Hiszpana na Vicarage Road. W jego pierwszej części wyniki uzyskiwane, jak na standardy beniaminka, były wręcz rewelacyjne – 29 oczek po 19 meczach. Natomiast jeśli spojrzymy na rezultaty w drugiej połówce rozgrywek – zaledwie 16 punktów – to można dojść do prostego wniosku, że zespół The Hornets, po szybkim zapewnieniu sobie utrzymania, spoczął nagle na laurach.
Szczególnie widoczne jest obniżenie jakości gry, a także spadek wydajności każdego elementu piłkarskiego rzemiosła, czyli m.in. posiadania piłki, strzałów na bramkę, natarć oraz przechwytów, jeśli pod uwagę weźmiemy dwa okresy – przed 2016 rokiem i tuż po nim.


Pod wodzą 51-letniego szkoleniowca Szerszenie od 26 grudnia 2015 r. (remis z Chelsea 2:2 – przyp.red.) wywalczyły komplet punktów w zaledwie 4 meczach na 21 rozegranych! Doskonała pierwsza część sezonu spowodowała, że w kolejnych spotkaniach, zamiast skupić się na realnej walce o życiowy sukces, każdy z graczy zaczął podchodzić do kolejnych gier bez wielkiego zaangażowania. Niemal wszyscy piłkarze Watfordu drastycznie obniżyli formę, za którą odpowiadał przecież Hiszpan. Niejako usprawiedliwieniem na fatalną w tym roku dyspozycję klubu, będącego własnością rodziny Pozzo, był awans aż do półfinału Pucharu Anglii, gdzie Ighalo i spółka nie sprostali zespołowi Crystal Palace.


Aby dokonać całościowej oceny pracy  Sáncheza Floresa na Vicarage Road, należy cofnąć się do momentu, w którym pojawił się w klubie, czyli czerwca 2015 roku, kiedy zastąpił zwolnionego Slavišę Jokanovicia. Podczas podpisywania kontraktu przez byłego opiekuna Atlético Madryt w umowie zawarta została klauzula, która bez żadnych problemów umożliwiała zerwanie jej obu zainteresowanym stronom zaledwie po roku pracy. W ten sposób właściciel klubu, Giampaolo Pozzo, postanowił zabezpieczyć się przed płaceniem ewentualnego wysokiego odszkodowania hiszpańskiemu szkoleniowcowi. Włoski biznesmen, będący w posiadaniu Watfordu od 2012 roku, nigdy nie był skory do wydawania dużych pieniędzy, zarówno jeśli chodzi o kontrakty zawodników, jak i sprowadzanie nowych graczy za astronomiczne kwoty. Dla Pozzo liczył się od zawsze czysty zysk, czyli zarobienie sporej gotówki na sprzedaży piłkarza ze swojego klubu.
Warto wspomnieć, że Włoch jest również właścicielem innych europejskich zespołów – hiszpańskiej Granady i włoskiego Udinese Calcio. Razem z Watfordem tworzą one niejako wielką wspólną rodzinę, a model budowy wszystkich trzech ekip jest niezmienny od lat. Dzięki rozbudowanemu systemowi skautingu, rozsianego niemal po każdym zakątku świata, wyławiane są perełki, czyli gracze anonimowi, którzy później w jednym z tych klubów nabierają ogłady i stają się coraz bardziej rozpoznawalni, a następnie za kwoty od kilku do kilkudziesięciu milinów euro są transferowani do mocnych europejskich klubów. Interes Pozzo kręci się zatem w najlepsze, a okrągłe sumy, zarobione z transferów Alexisa Sancheza czy też Juana Cuadrado, są tego najlepszym przykładem.

Wracając do samego Watfordu, należy podkreślić, że potencjał klubu absolutnie nie wystarcza do walki o chociażby eliminacje Ligi Europy, zresztą z bardzo prostej przyczyny – The Hornets podlegają zbyt częstym rotacjom kadrowym. Piłkarze ze stajni Pozzo stale krążą pomiędzy Anglią, Hiszpanią i Italią, co pokazuje, jakie są ambicje właściciela ekipy z Vicarage Road, a ograniczają się one do tego, aby osiągnąć jak największe zyski z ewentualnej sprzedaży gwiazd, a nawet piłkarzy, którzy najbardziej wyróżniają się w przekroju całego sezonu ligowego. Doskonałym przykładem jest Odion Ighalo. Nigeryjczyk po bardzo dobrym sezonie, w którym zdobył aż 15 goli i zaliczył 3 asysty w Premier League, znalazł się w kręgu zainteresowań znacznie możniejszych klubów i prawdopodobnie tylko kwestią czasu pozostaje, kiedy zmieni pracodawcę.

Innym czynnikiem, który miał wpływ na zwolnienie Floresa mógł być fakt, iż włoski właściciel miał wielkie zastrzeżenia do składu wystawianego przez Hiszpana w meczach ligowych. Sprowadzony w lecie 2015 r. za 4,5 mln € z Hamburga Valon Behrami praktycznie w ekipie Szerszeni nie zaistniał. Szwajcarski pomocnik rozegrał zaledwie 14 pełnych spotkań i nie okazał się wzmocnieniem, na które liczył Pozzo przed rozpoczęciem sezonu 2015/16. Tak samo, albo nawet w jeszcze bardziej negatywnym świetle, przedstawia się transfer Nordina Amrabata. Za marokańskiego skrzydłowego Watford zapłacił w styczniu Maladze aż 8 mln €. Jego przyjście do drużyny z hrabstwa Hertfordshire okazało się być totalnym nieporozumieniem. 29-latek wystąpił w zaledwie 12 meczach ligowych, z czego aż 8 razy pojawiał się na murawie jako zmiennik. Pomocnik, który w ekipie Los Boquerones był motorem napędowym zespołu, w Anglii całkowicie zatracił swoją błyskotliwość i dobrą dyspozycję, stając się jednym z największych niewypałów transferowych Premier League.

Zwolnienie Sáncheza Floresa odbiło się szerokich echem na Wyspach Brytyjskich. Wielu piłkarzy Watfordu, m. in. jeden z czołowych strzelców ekipy z Vicarage Road, Troy Deeney (13 trafień i 7 asyst w sezonie ligowym – przyp. red.), w wywiadzie dla stacji Sky Sports określił tą decyzję mianem „szalonej”:
“Nie balansowaliśmy nawet przez chwilę w strefie spadkowej, a nasz szef został zwolniony. To jest jeden z tych obłąkanych pomysłów. Jego okres tutaj był sukcesem. Mieliśmy 16 nowych graczy, a Flores wykonał plan swobodnie. Ponadto dał mi bardzo dużo zarówno jako osobie, jak i piłkarzowi. Czuje do niego nic innego, jak tylko wdzięczność”
W podobnym tonie wypowiedział się menadżer West Hamu United, Slaven Bilić. Chorwat opisał dymisję Floresa jako „nonsens” i chorą sytuację”:
„Przepraszam za Quique. To jest bardzo zła decyzja, bowiem on miał fantastyczny sezon”
Z kolei zdaniem redaktora Geoffa Doyle’a, pracującego dla BBC Three Counties Radio, hiszpański szkoleniowiec wcale nie chciał odchodzić. Jego zwolnienie było decyzją wyłącznie zarządu oraz właścicieli klubu:
“Kibice byli podzieleni, ale większość była jednak za tym, aby został. Fani są zachwyceni tym, że Watford będzie grał w przyszłym sezonie Premier League i to wszystko dzięki zwyżkującej formie zespołu do okresu świąt Bożego Narodzenia w 2015 r. Może Flores zrobił zbyt dobry wynik w pierwszych 5 miesiącach sezonu i przez to oczekiwania poszły mocno w górę. Rezultaty w tym roku były niepokojące, a zespół prezentował zbyt defensywny styl gry. Ale nie czuję, że praca, którą wykonał do tego czasu była niewystarczająco dobra. Dla ogromnej rzeszy kibiców „Szerszeni” wyrządzona została krzywda”
Poniższy obrazek jest najlepszą rekomendacją pracy, jaką wykonał Flores na Vicarage Road:
Hiszpański szkoleniowiec także wytłumaczył, dlaczego jego umowa z Watfordem nie została przedłużona:
„Wczoraj mieliśmy posiedzenie w klubie, aby podsumować sezon i po nim potwierdzić mogę, że Watford i ja nie mieliśmy tego samego punktu widzenia, aby renegocjować mój kontrakt, więc w konsekwencji opuszczam klub. Czułem się całkowicie szczęśliwy w tym roku i czerpałem wielką przyjemność z tego doświadczenia. Jestem bardzo wdzięczny wszystkim graczom. Wykonali wspaniałą pracę” – Quique Sánchez Flores
Wielkim orędownikiem pozostania Hiszpana w Watfordzie był także Gianluca Vialli, były piłkarz Chelsea, który podsumował jego pracę jako znakomite osiągnięcie:
“On był oddechem świeżego powietrza. Naprawdę prawdziwym, miłym facetem. Jestem smutny z powodu jego zwolnienia”
Bardzo oszczędny w słowach był komunikat klubowy Watfordu, mówiący o pożegnaniu się z Floresem:
„Quique Sánchez Flores i klub osiągnęli cel postawiony na starcie sezonu, dotyczący utrzymania Watfordu w elicie na drugi rok. Quique jednak nas opuszcza. Życzymy mu wszystkiego najlepszego na przyszłość. Zawsze będzie mile witany przy Vicarage Road”
Bramkarz Watfordu Heurelho Gomes docenił to, co Flores zrobił przez rok dla The Hornets:
„Życzymy mu wszystkiego najlepszego w przyszłości, ponieważ on kocha futbol przez 24 h na dobę i starał się przekazać nam wszystko, co najlepsze. To wielka szkoda, ale piłka nożna właśnie taka jest. Flores był dla nas wspaniały. Poprowadził zespół do utrzymania w elicie i wierzymy, że zrobiliśmy więcej niż ludzie oczekiwali” – powiedział Gomes w rozmowie z lokalnym portalem watfordobserver.co.uk
Jednym z zarzutów kierowanych pod adresem Hiszpana może być to, że Watford był zbytnio uzależniony od dwóch piłkarzy – Troya Deeneya i Odiona Ighalo. Super duet napastników zdobył w sumie aż 77% całego dorobku bramkowego Szerszeni w Premier League! W kadrze trudno było znaleźć zmiennika dla tych dwóch wyborowych snajperów. Obaj świetnie się rozumieli na boisku i nawiązali wyjątkową nić współpracy. Jednak gdy Nigeryjczyk na długie miesiące zatracił skuteczność, od razu spadała także wydajność Deeney’a, który na boisku czuł się osamotniony i nie miał wsparcia partnera z ataku ani innych swoich kolegów.
Nie bronił także Sancheza Floresa styl gry Watfordu, który był zbyt defensywny. W ataku w głównej mierze opierał się na graniu długich przerzutów w stronę Deeneya czy Ighalo. Jak najszybsze dostarczanie piłek do dwójki napastników okazało się receptą na sukces tylko do końca grudnia. Później taktyka ta stała się zbyt przejrzysta i była łatwa do rozszyfrowania przez większość ekip Premier League. Bolączką Szerszeni było również to, że tylko 40,6% tego typu akcji było skutecznych. Poza tym Flores wymagał od swoich podopiecznych wąskiej gry oraz intensywnego pressingu w taktyce 1-4-4-2. Mówiąc krótko, natarcia organizowane były głównie poprzez przeprowadzanie szybkich kontrataków.


Pomijając wszystkie argumenty za zwolnieniem Floresa i tak najważniejsze zdanie na końcu ma zawsze właściciel klubu. Giampaolo Pozzo od lat słynął ze zwalniania szkoleniowców, najpierw w Udinese (od 1986 r. aż 28 roszad trenerskich!), następnie w Granadzie (od 2009 r.- 10!), a obecnie w Watfordzie. Licząc wszystkie trzy kluby, posłał na bruk nieprawdopodobną wręcz liczbę 46 trenerów! Flores jest już 7 menedżerem zwolnionym z klubu z Vicarage Road.

Pozzo otacza się wybitnymi specjalistami w dziedzinie skautingu, dzięki którym jego imperium prosperuje świetnie. To interes, niczym kura przynosząca złote jaja. Jednym z jego najbardziej zaufanych pracowników jest Andrea Carnevale, były napastnik Udinese, Romy czy Napoli, związany z włoskim biznesmenem od 2010 roku. Brązowy medalista MŚ z 1990 roku jest szefem skautów, którzy jeżdżą po całym świecie, penetrując zagraniczne rynki w poszukiwaniu zdolnych piłkarzy m.in. do akademii Udinese. O swoim szefie wypowiada się oczywiście w samych superlatywach:
“Nie sądzę, aby był lepszy właściciel na świecie niż Pozzo. On jest profesjonalistą, ale również rozumie piłkę nożną. Był wokół futbolu przez tak długi czas, że jest fachowcem w tej dziedzinie pomimo tego, że nigdy nie grał profesjonalnie w piłkę nożną. Znamy się od ponad 30 lat. Poznaliśmy się jeszcze, kiedy byliśmy młodzi i ja grałem w piłkę. Pozzo jest kompetentnym, wielkim oraz inteligentnym prezesem” – zakończył Carnevale
Możemy teraz pobawić się we wróżenie z fusów i zgadywać, dlaczego tak naprawdę 51-latek musiał opuścić Vicarage Road. Najbliższe prawdy będzie chyba stwierdzenie, że o rozstaniu zadecydowało odmienne stanowisko i wizja, jaką reprezentował Flores w stosunku do Pozzo. Pomiędzy oboma panami wyczerpała się pewna formuła, a włoski biznesmen stracił cierpliwość do Hiszpana, pomimo utrzymania klubu w Premier League. Z drugiej strony, tak ogromna liczba szkoleniowców, zwalnianych często zbyt pochopnie i lekką ręką przez Pozzo, kolejno w Udinese, Granadzie i Watfordzie, może świadczyć tylko o tym, że z zachciankami i postanowieniami właściciela po prostu się nie dyskutuje. Czy podobny los będzie czekać nowego trenera Watfordu, na którego typowany jest obecnie Walter Mazzari, były szkoleniowiec m.in. Napoli czy Interu Mediolan? Wkrótce się pewnie przekonamy.
Tekst ukazał się również na bogatym w różne treści piłkarskie portalu NaszFutbol.com.

piątek, 20 maja 2016

Wielki Sam Allardyce, nie tylko ze względu na gabaryty

W środowisku piłkarskim na Wyspach jest wielu barwnych trenerów, ale jeden z nich zasługuje na szczególną uwagę i wyróżnienie. Pracujący w Premier League Sam Alladyce nigdy nie uchodził za wybitnego fachowca. Styl jego pracy od zawsze pozostawiał wiele do życzenia, ale co najważniejsze przynosił konkretne rezultaty. Bez względu na krążące na temat „Big Sama” opinie, płynące ze strony kibiców, najświeższym przykładem jego skutecznych metod szkoleniowych jest postawa Sunderlandu, który pod wodzą Allardyce’a zdołał cudem uratować ligowy byt. Co takiego ma zatem w sobie 61-letni trener, który swoimi gabarytami, ale przede wszystkimi wynikami, na każdym kroku potwierdza, że jest wielki?

źródło: Egghead06, CC 4.0
Uratowanie przed spadkiem Sunderlandu oznacza, że Allardyce zadał kłam wszystkim statystykom i po raz kolejny udowodnił, że kto jak kto, ale on potrafi wyjść z opresji i zakończyć sezon pozytywnym wynikiem. Stadium of Light jest kolejnym miejscem pracy szkoleniowca w sięgającej już 25 lat karierze trenerskiej, gdzie dokonał nie lada wyczynu. Sympatyczny Anglik wciąż może się pochwalić tym, że z żadnym klubem, który prowadził, nie spadł Premier League. W obecnym, zakończonym już sezonie 2015/16 Sunderland bardzo długo balansował na krawędzi, ale „Big Sam” okazał się lekarstwem na kłopoty Czarnych Kotów i wybawił ich z opresji na ostatniej prostej.
Trzeba wziąć pod uwagę to, że nieustanna presja i oczekiwania kibiców nie ułatwiały mu tego zadania nawet przez chwilę. Allardyce udowodnił, że nie przez przypadek przylgnęła do niego łatka faceta, który w każdym obejmowanym klubie dokonywał poprawy gry zespołu, natomiast gdy opuszczał swoje dotychczasowe stanowisko pracy, to jego byli podopieczni niemal zawsze notowali regres. Jedynym wyjątkiem jest West Ham United, który za sprawą Slavena Bilicia zajął doskonałe 7. miejsce na mecie dopiero co zakończonego sezonu ligowego. Zresztą chorwacki trener Młotów uważa, że Allardyce położył swoje podwaliny pod największy sukces WHU w Premier League od sezonu 1998/99, kiedy ekipa z Boleyn Ground uplasowała się na 5. miejscu w lidze.
„Kochałem ten sezon. Oczekiwaliśmy, że będzie dobrze. Sam zostawił mi niezłą ekipę i doskonale zorganizowaną. To jest właśnie to, co Allardyce robi najlepiej: organizacja i stabilność” Slaven Bilić
Allardyce w przeszłości prowadził również takie kluby jak Bolton Wanderers, Newcastle United czy Blackburn Rovers. Wszystkie wymienione ekipy broniły się przed spadkiem, a „Big Sam” podołał wyzwaniu za każdym razem, ratując je przed niechybną relegacją.

Źródło: DailyMail
W ostatnim sezonie, już w Sunderlandzie (aż 237 dni spędzonych w strefie spadkowej – przyp. red.), historia zatoczyła koło po raz kolejny. Czarne Koty dzięki fenomenalnej postawie w ostatnich 6. kolejkach Premier League (3 zwycięstwa i 3 remisy) zapewniły sobie rzutem na taśmę utrzymanie, zajmując ostatnią bezpieczną, 17. pozycję, z przewagą dwóch punktów nad zdegradowanym Newcastle United. Kibice nie mogli więc nie docenić pracy wykonanej przez menedżera rodem z Dudley.
Co takiego wyjątkowego ma Allardyce, że potrafi sobie zjednać zespół, a jego podopieczni, będący w wydawałoby się beznadziejnej sytuacji, bez żadnych szans na utrzymanie, potrafią nagle złapać wiatr w żagle i dopłynąć do mety na bezpiecznej pozycji?

Po pierwsze, mądre ruchy transferowe. Allardyce objął Sunderland 9 października 2015 roku, po zdymisjonowaniu Dicka Advocaata, gdy zespół okupował 19. pozycję w lidze. „Big Sam” błyskawicznie po przyjściu na Stadium of Light przystąpił do działania. Zdawał sobie sprawę z tego, że kadra Sunderlandu wymaga natychmiastowych wzmocnień, aby myśleć o utrzymaniu. Do zespołu Czarnych Kotów sprowadzono, niemającego żadnych szans na grę w Bayernie Monachium, obrońcę Jana Kirchhoffa za 750 tys. £, pomocnika Wahbiego Khazriego z Bordeaux za 9 mln £ – jednego z najlepszych asystentów w Ligue 1 oraz środkowego defensora Lorient, Lamine Koné za 6 milinów €, który okazał się bohaterem kluczowego meczu w walce o utrzymanie, z Evertonem (wygrana 3:0 po dwóch golach piłkarza pochodzącego z WKS – przyp. red.).
„Myślę, że wkład graczy sprowadzonych w zimowym okienku transferowym był ogromny. Wyniki osiągane po porażce aż 2:6 z Evertonem (w listopadzie 2015 r. – red.)  pokazują, jak daleko posunęliśmy się do przodu. To były długie miesiące, szczególnie od momentu, kiedy sprowadziłem w styczniu nowych graczy” – tak Allardyce podsumował wzmocnienia Sunderlandu.
Po drugie, atmosfera. „Big Sam” z piłkarzy, których miał do dyspozycji i sprowadzonych zimą, stworzył ekipę zjednoczoną, grupę graczy, która poszłaby za sobą w ogień. Anglik naznaczył im jeden wspólny cel, z prostą filozofią – utrzymać się. Bez wątpienia nie byłoby Sunderlandu w angielskiej elicie, gdyby nie fenomenalna forma najlepszego snajpera Czarnych Kotów – Jermaine’a Defoe. 33-letni napastnik zdobył aż 15 bramek (w tym 13 od przyjścia Allardyce’a!) i był jednym z ojców sukcesu, za jaki trzeba uznać utrzymanie klubu ze Stadium of Light w Premier League.
Po trzecie, solidna defensywa. Dla 61-letniego szkoleniowca Sunderlandu od zawsze priorytet stanowiło zbudowanie zespołu, zgodnie ze znanym w środowisku powiedzeniem, „od tyłu”. Pomimo że początki jego pracy na Stadium of Light nie wyglądały zbyt dobrze – Czarne Koty traciły mnóstwo bramek, m.in. aż 6 z Evertonem, po 3 z Chelsea i Arsenalem oraz 4 z Manchesterem City – to z biegiem czasu gra linii obronnej uległa znacznej poprawie. Progres nastąpił już od początku 2016 roku. Od tego czasu tylko raz zdarzyło się w meczu ligowym, aby Sunderland schodził do szatni, po przegranym bądź zremisowanym meczu, z bagażem większym niż 3 gole (ostatni taki przypadek miał miejsce 16 stycznia z Tottenhamem – przyp. red.).

Po czwarte, deliberacja. Allardyce uchylił rąbka tajemnicy odnośnie swojego niezawodnego sposobu, tzw. „technik medytacyjnych”, które pomagają jego podopiecznym oczyścić umysł i skupić się na wykonaniu celu.
„Robię medytacje transcendentalne od 12-14 lat aż do teraz. Są to bardzo relaksacyjne metody, które zapewniają ciszę, spokój i można je wykonywać wszędzie. To pomaga radzić sobie z presją, z któraą zmagasz się w tej pracy. Po raz pierwszy użyłem tych technik na piłkarzach podczas kadencji w Boltonie w latach 2003-04” – zdradził Allardyce
Po piąte, prostota. Styl prezentowany przez ekipy Allardyce’a od zawsze kojarzony był z grą bez żadnych fajerwerków, futbolem nieskomplikowanym, opartym na graniu długich piłek, bazującym na sile fizycznej i osiąganiu korzyści ze stałych fragmentów gry. Bardzo nieatrakcyjny styl, proponowany przez „Big Sama”, razi wielu fanów, ale trzeba angielskiemu szkoleniowcowi przyznać, że pomimo topornej, niemal siermiężnej gry, jest ona skuteczna i w ostatecznym rozrachunku okazuje się receptą na utrzymanie kolejnych ekip.

Rzesze kibiców, zasiadających na trybunach klubów, które prowadził w swojej karierze Allardyce, wyrażało mnóstwo niepochlebnych słów i wręcz atakowało trenera, który wiernie trzyma się sprawdzonej koncepcji taktycznej. Doszło nawet do tego, że na Twitterze założono konto, które jest parodią pracy 61-letniego menedżera. Opisane tam zdarzenia czy pewne zachowania Anglika przedstawione są w prześmiewczy sposób, z niezwykłą ironią czy wręcz sarkazmem i stanowią niejako antyreklamę dla obecnego opiekuna Sunderlandu.


Przykładem i niejako świadectwem dobrze wykonywanej pracy jest pobyt Allardyce’a w Boltonie. Znakiem firmowym tamtej ekipy, która przez jedenaście kolejnych sezonów utrzymywała się w Premier League, była żelazna defensywa. W aż 16 spotkaniach na 38 Kłusaki nie dopuściły do straty ani jednego gola! Warte odnotowania jest również to, że jeśli Bolton pierwszy trafiał do siatki, to w 70% takich spotkań wygrywał. Ważną kwestię stanowiły także stałe fragmenty gry, które od zawsze definiowały styl ekip prowadzonych przez Allardyce’a. The Trotters aż 33% wszystkich trafień zdobywali właśnie po dośrodkowaniach z piłki stojącej. Dla „Big Sama” od zawsze, bardziej niż styl, liczyła się walka na boisku, maksymalne zaangażowanie i wydajność każdego z graczy.
Wielu piłkarzy Boltonu chwaliło sobie pracę z Allardycem. Zarówno grecki napastnik Stelios Giannakopoulos, jak i hiszpański obrońca Ivan Campo podkreślali, że z czasów pobytu w ekipie Kłusaków pozostały im głównie pozytywne wspomnienia.
„Mogę coś powiedzieć po przyjściu do mojego domu w Grecji. Jest to okres pełen wspomnień w Boltonie, takich, które na zawsze pozostaną w moim sercu” – powiedział były reprezentant Grecji i zwycięzca Euro 2004
Z kolei Ivan Campo, były hiszpański obrońca, w przeszłości związany m.in. z Realem Madryt i Ipswich Town, miał nadzieję, że jego droga z Samem Allardycem kiedyś się jeszcze skrzyżuje:
„Pokładał on we mnie dużą wiarę i nauczył mnie być lepszym, bardziej dojrzałym graczem” – zakończył Campo
Zatem Allardyce ma nie tylko samych przeciwników. Pod dużym wrażeniem pracy wykonanej w Sunderlandzie przez „Big Sama” jest były napastnik Czarnych Kotów i prezes klubu, a obecnie ekspert stacji Sky Sports, Niall Quinn:
„Sunderland rozwinął się pod kierunkiem Allardyce’a. Zdołali uciec ze strefy spadkowej, ale chciałem zwrócić uwagę na coś innego. Sam dokonał czegoś wielkiego i sądzę, że to może trwać latami. Perfekcyjnie dopasował się do Sunderlandu. Organizacja jest na dobrym poziomie, a Allardyce jest odpowiednim trenerem. Przyszedł i zrobił niesamowitą pracę, aby utrzymać klub na powierzchni. Nie ma lepszego miejsca, do którego mógłby pójść i wznieść klub na wyższy poziom. Mam nadzieję, że podpisze kontrakt na kilka lat i przetrwa je tutaj
O pracy Allardyce’a wypowiedział się także inny ekspert Sky Sports, Jamie Carragher:
„Sam jest swego rodzaju ekstraktem z charakterem. Niektórzy kochają go, a inni nie. Ma stały sposób gry, a ludzie przez ostatnie kilka lat mówili, że chodzi o utrzymanie się przy piłce i podania. Ale widzicie, co się stało dzisiaj z trenerem po przeciwnej stronie, Roberto Martinezem, który preferuje właśnie te aspekty – Sunderland wygrał 3:0. Pod wodzą Allardyce’a „Czarne Koty”wrócą jeszcze do czasów Nialla Quinna i Kevina Phillipsa, kiedy Peter Reid wprowadzał ich do „Top 10” Premier League”
Sam Allardyce po raz kolejny pokazał niedowiarkom, którzy w niego wątpili, że pomimo wielu problemów – rezygnacji dyrektora generalnego klubu czy widma spadku – jest niezłym fachowcem i jednocześnie specjalistą od utrzymania zespołów w Premier League. Charyzmatyczny Anglik, którego znakiem rozpoznawczym stało się ostentacyjne żucie gumy na ławce trenerskiej, znacznie usprawnił jakość Sunderlandu. Dokonał swego rodzaju magicznego dotknięcia, a gra ekipy ze Stadium of Light z biegiem czasu uległa diametralnej poprawie. 61-latek potwierdził, że w kolejnym sezonie będzie pracował w ekipie Czarnych Kotów, które notują obecnie 10 sezon z rzędu w najwyższej klasie rozgrywkowej. Menedżer odniósł się także do swoich relacji z właścicielem i prezesem Sunderlandu, Ellisem Shortem:
“Mam bardzo dobre kontakty z nim, co jest niezwykle istotne. Ellis chce tego, co najlepsze dla klubu. Jego pragnieniem jest stworzenie ekipy odnoszącej lepsze wyniki, niż miało to miejsce w ostatnich sezonach. On cały czas szukał różnych sposobów przez kolejne lata i ich nie znajdował. Właśnie dlatego doszło do tak wielu zmian, które nie rozwiązały problemu” – tak Allardyce podsumował sytuację, związaną z zatrudnieniem nowego dyrektora generalnego, po dymisji Margaret Byrne, która zrezygnowała ze stanowiska po skandalu z molestowaniem nastolatki przez Adama Johnsona i wyroku skazującym go na 6 lat więzienia.
Na zakończenie szalona radość Allardyce’a po utrzymaniu Sunderlandu w Premier League, która stanowi doskonałe podsumowanie pracy wykonanej przez Big Sama w sezonie 2015/16 na Stadium of Light.

Tekst ukazał się również w portalu sportowym Naszfutbol.com.

sobota, 14 maja 2016

Jonathan Leko - wschodząca gwiazdka West Bromwich Albion

Ekipa West Bromwich Albion jest swego rodzaju fenomenem w Premier League. Nie chodzi jednak o wyniki sportowe ekipy z The Hawthorns, które pozostawiają wiele do życzenia, ale o dobrą rękę do ciekawych i niezwykle perspektywicznych graczy, którzy niemal co roku pojawiają się w drużynie Tony’ego Pulisa. Kolejnym diamencikiem, po dobrze już znanym w środowisku piłkarskim Saido Berahino, jest młodziutki, zaledwie 17-letni Jonathan Leko. Snajper wywodzący się z Demokratycznej Republiki Konga wkroczył w świat dorosłego futbolu bez żadnych kompleksów i jest nie tylko dla WBA, ale całej Premier League znakomitym materiałem na przyszłą gwiazdę. 


Aż trudno w to uwierzyć, że klub z hrabstwa West Midlands, który niemal co roku jest raczej skazywany na walkę o miejsca w dolnych rejonach Premier League (obecnie zajmuje 15. miejsce – przyp. red.) i przede wszystkim nie słynie przecież z masowej produkcji talentów piłkarskich, ostatnio coraz częściej pokazuje światu coraz to nowe perełki o olbrzymim potencjale, przerastającym wielu swoich rówieśników. Dowód? Saido Berahino oraz najnowszy – Jonathan Leko. Możniejsze kluby już zarzuciły na nich swoje sieci.

Nastoletni snajper WBA dorasta w Anglii od 8. roku życia i robi w ekipie The Baggies coraz większe, zauważalne gołym okiem postępy. Po raz pierwszy załapał się do kadry zespołu prowadzonego przez Tony’ego Pulisa podczas przedsezonowego okresu przygotowawczego w Austrii. W meczu z Red Bull Salzburg, przegranym 1:3, wszedł na boisko z ławki. W obecnym sezonie Jonathan Leko zaliczył swój oficjalny debiut w dorosłym futbolu – 23 września 2015 r. w Pucharze Ligi Angielskiej w konfrontacji z Norwich City. Nie uszedł on uwadze szkoleniowca West Bromu, Tony’ego Pulisa:
„Leko jest talentem. Rozmawiałem z nim po meczu i on po prostu nie mógł uwierzyć, jak szybko odbył się ten mecz. Tłum i wszystko z tym związane – to jest fantastyczne miejsce, aby wejść na murawę i zadebiutować w wieku 16 lat”
W Premier League Leko ma na koncie już 4 występy, w tym dwa w podstawowym składzie – z West Hamem United i Bournemouth. Po raz pierwszy zaprezentował się w drużynie walijskiego menedżera na początku kwietnia, w 78. minucie spotkania z Sunderlandem. Młody piłkarz po swoim premierowym występie w Premier League (2.04.2016 r. – przyp.red.) dosłownie stracił głos i był niezwykle podekscytowany tym, że Pulis zaufał mu i mimo tak młodego wieku posłał na boisko:
„Nie wiem, co mam powiedzieć. Jestem dumny, tak jak mój tata oraz cała moja rodzina. Nie mogę się doczekać, kiedy dotrę do domu i zobaczę jego reakcję. Siedziałem na ławce i nagle usłyszałem: „Leko chodź tutaj!” Myślałem, że wezwany został Victor albo ktoś inny, ale to chodziło o mnie. Miałem myśli, że wyjdę na murawę i udowodnię trenerowi, że się nie mylił wstawiając mnie do składu. Uważam, że wypadło to dobrze” Jonathan Leko
Jeszcze w lutym chłopak urodzony w Kinszasie mógł tylko marzyć o debiucie w barwach pierwszego zespołu The Baggies. 17-latek występował w zespole młodzieżowym West Bromu U-21 i snuł wizje na temat swojej przyszłości i dalszego rozwoju w klubie z West Midlands:
„Jestem niezwykle podekscytowany, będąc wokół pierwszego zespołu. Byłbym niezmiernie uradowany, jeśli dostałbym trochę boiskowego czasu podczas meczu, ale obecnie mogę się rozwijać. Jako piłkarz akademii WBA spoglądam na Saido Berahino. To co ten chłopak zrobił, przechodząc do pierwszego składu The Baggies, jest niesamowite. Ja również chciałbym bardzo grać na jego pozycji i mam nadzieję, że mi się to uda”
Te słowa okazały się prorocze. Bardzo szybko, raptem dwa miesiące później, Tony Pulis postawił na Leko, który zmienił podczas meczu… Saido Berahino.

Szkoleniowiec The Baggies bardzo ciepło wypowiedział się o nowej gwiazdce West Bromu po zremisowanym 1:1 meczu z Bournemouth, w którym 17-latek  przebywał na murawie aż 86 minut. Między innymi to dzięki jego asyście drugiego stopnia, a także znakomitemu przeglądowi pola, Salomón Rondón, po wrzutce Jonathana Evansa, trafił do siatki Artura Boruca.


„Leko ma niewiarygodny talent, ale samo to nie tworzy gracza. Powinieneś mieć wielki charakter, być oddanym i skupionym. Bez tych cech nie osiągnąłby potencjału, jaki posiada. Same predyspozycje nie wystarczają, musisz mieć wszystko razem. Zwłaszcza dzisiaj tak łatwo można być rozkojarzonym. Leko ma kilka solidnych zalet. Funkcjonuje w grupie, która trzyma go na właściwych torach, w przypadku, gdyby wyłamał się. Będę „pociągał nosem”, jeśli zrobi coś, czego nie powinien” – zakończył Pulis, który odniósł się tym samym do sytuacji, jaka miała miejsce jakiś czas temu z Berahino.
Poza tym gwiazdka WBA jest reprezentantem Anglii U-16 i U-17. W tej drugiej kategorii wiekowej Leko w wielkim stopniu przyczynił się do wygranej w meczu z Turcją 3:1, podczas kluczowej fazy eliminacji do finałów Mistrzostw Europy, kiedy do bramki dorzucił asystę. Co ciekawe, nastoletni snajper West Bromu miał być jedną z gwiazd turnieju finałowego ME U-17 w Azerbejdżanie, ale pracodawca zablokował jego wyjazd, na co bardzo nalegał trener The Baggies, Tony Pulis. Dzięki temu Jonathan dostąpił zaszczytu występu w podstawowej jedenastce w konfrontacjach z West Hamem, a następnie Bournemouth.

W obu spotkaniach, gdy zaczynał mecz w wyjściowym ustawieniu, spływało na niego dużo komplementów, nie tylko od włodarzy klubu, ale także od wymagających fanów zasiadających co tydzień na The Hawthorns. W spotkaniu z Wisienkami Leko mógł się pochwalić znakomitymi statystykami. Jego celność podań wyniosła 76%, miał jedno przejęcie piłki, 3 bloki (w tym jeden „podręcznikowy”) oraz podjął się 6 prób dryblingów, których skuteczność oscylowała w granicach 67%.

Poniżej Tweety dwóch z kibiców West Bromu, którzy docenili klasę młodego gracza w starciu z Bournemouth:

Szkoleniowiec The Baggies ma powody do zadowolenia – posiada w kadrze kolejnego niezwykle utalentowanego piłkarza. Pulis wyjaśnił przy okazji powody decyzji. 58-letni menedżer uważa, że lepszym rozwiązaniem dla młodziana było pozostanie w klubie, a kolejne minuty na boiskach Premier League okażą się bezcenne i lepiej przygotują go do kolejnego sezonu ligi angielskiej niż wyjazd na ME U-17.
„Ten dzieciak może być dobrym piłkarzem, ale potrzebuje nauki gry we wczesnym wieku i obracania się wokół profesjonalistów. W młodości byłem nauczany wszystkich zalet przez osoby starsze – gdzie bywać, co robić i jak to wykonywać. Oglądałem wiele akademii piłkarskich do lat 21 i z pewnością to nie daje odpowiedniego przygotowania, które jest później wymagane od młodego gracza“
Trener akademii West Bromu, Mark Harrison, dodaje w rozmowie ze SkySports, że Leko ma niewątpliwą zaletę, która odróżnia go od większości rówieśników.
“On jest niezwykle skromnym chłopakiem. Jego chęć do nauki i doskonalenia się sprawia, że czasem jest zbyt surowy wobec siebie. Leko ma bardzo dobrą mentalność. Kiedy gra dla Anglii, pyta mnie, co sądzę o jego grze i o tym, co zrobił. Jego umiejętności i potencjał są na tym samym poziomie co Saido”
Porównania Leko z Berahino są nieuniknione. Obaj piłkarze mają ze sobą wiele wspólnego. Zarówno jeden, jak i drugi prezentują podobny styl gry, występują w ataku, są prawonożni oraz wywodzą się z akademii klubu z The Hawthorns. Dodatkowo Jonathan dobrze czuje się również jako prawoskrzydłowy, mocno trzymający się linii bocznej, gdzie był wystawiany przez Pulisa w dwóch spotkaniach, wchodząc na boisko z ławki.

Poniżej grafika przedstawiająca zestawienie obu zawodników WBA w kilku aspektach gry w obecnym sezonie Premier League:


Proces dojrzewania i kształtowania Leko przebiega w teamie z West Midlands bardzo harmonijnie. Od meczu z West Hamem United, co prawda przegranego przez The Baggies aż 0:3, nie mówi się o niczym innym, tylko o wyczynie wychowanka West Bromu. Utalentowany gracz już przeszedł do historii Premier League – został bowiem pierwszym piłkarzem urodzonym w 1999 roku, który wystąpił w podstawowym składzie zespołu z najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii!


 Poniżej tabela przedstawiająca najmłodszych debiutantów w historii Premier League:

Źródło: DailyMail
Jonathan Leko jest sztandarowym przykładem, jak powinno się korzystać z utalentowanych piłkarzy, wywodzących się z klubowych akademii. Napastnik z Demokratycznej Republiki Konga wprowadzany jest do zespołu WBA stopniowo, bez zbytniego pośpiechu i zbędnego ryzyka. Jak potoczą się w przyszłości losy 17-latka, nie sposób odgadnąć. Jeśli jednak młodziutki snajper będzie miał poukładane w głowie, tak jak obecnie, to można mu wróżyć karierę nie tylko klubową, ale także reprezentacyjną choćby na miarę Wayne’a Rooney’a, który aktualnie jest najlepszym strzelcem w historii Trzech Lwów.

Tekst ukazał się rownież w portalu NaszFutbol.com.

sobota, 7 maja 2016

Sześć powodów zapaści formy Stoke City w Premier League

Z zespołu, który kilka miesięcy temu zachwycał w Premier League, pozostało już tylko wspomnienie. Jeszcze w styczniu ekipa Stoke City mogła poważnie myśleć o grze w przyszłorocznej edycji Ligi Europy. Podopieczni Marka Hughesa zajmowali wówczas 10. pozycję w Premier League z 29 oczkami na koncie, tracąc zaledwie 4 punkty do piątego Manchesteru United. Od tego momentu czas dla klubu z Britannia Stadium jakby się zatrzymał, a boiskowa rzeczywistość brutalnie zweryfikowała ich możliwości. Obecnie The Potters mają jeden cel – zająć miejsce w Top 10.

źródło: Wikimedia Commons, CC 2.0, Ronnie Macdonald
Stoke City przed rokiem wywalczyło aż 54 oczka, co stanowi najlepszy dorobek Garncarzy w historii ich występów w Premier League. Już wiadomo, że wyniku tego, na co zanosiło się jeszcze przed 4 miesiącami, nie uda się poprawić. Gracze Marka Hughesa mogą jedynie wyrównać swoje najlepsze osiągnięcie, o ile zwyciężą w dwóch ostatnich kolejkach. Zadanie to nie będzie jednak proste, bowiem czekają ich starcia z Crystal Palace na wyjeździe oraz na Britannia Stadium z nieobliczalnym zespołem West Hamu United. Co zatem leży u podstaw nagłej zapaści formy klubu ze Staffordshire?

Po pierwsze, przed sezonem ekipa Stoke City absolutnie nie była typowana do zajęcia miejsca premiowanego awansem do przyszłorocznej fazy europejskich pucharów. Oczekiwania w klubie, a także wymagania fanów względem zespołu były jednak zawieszone poprzeczkę wyżej, ze względu na pobicie w poprzedniej kampanii dorobku punktowego. W obecnym sezonie 2015/16 wszystko układało się wzorowo aż do połowy stycznia, kiedy ekipa ze Stoke-on-Trent mogła śmiało myśleć o pobiciu swojego rekordowego wyniku. Między 23 stycznia a 6 lutego nagle mechanizm ofensywny przestał funkcjonować, a drużyna z Britannia Stadium poniosła trzy porażki z rzędu, dodajmy, że niezwykle dotkliwe, w identycznych rozmiarach 0:3, kolejno z Leicester City, Manchesterem United oraz Evertonem.
Następne spotkania przyniosły diametralną zmianę, bo gracze Hughesa wrócili na ścieżkę zwycięstw, pokonując AFC Bournemouth, Aston Villę i Newcastle United. Zafundowali tym samym swoim kibicom prawdziwy rollercoaster. Wydawało się zatem, że pożar został ugaszony i trzy kolejne wygrane dadzą zespołowi nowy impuls, aby kontynuować tą passę. Prawdziwy koszmar dla zespołu Stoke City nastąpił w marcu. Od piątego dnia tego miesiąca aż do dzisiaj The Potters z 8 meczów wygrali zaledwie jeden i w tabeli osunęli się na 10. miejsce. Dodatkowo ostatni triumf odnieśli niecałe 2 miesiące temu, kiedy potrafili ograć Watford FC. Obecnie notują niechlubną passę 5 meczów z rzędu bez porażki, a więc serię, która w tym sezonie jeszcze im się nie przytrafiła.

Po drugie, nagła obniżka formy niemal każdego gracza z ofensywnego kwartetu. Jedynym piłkarzem, do którego nie można zgłaszać absolutnie żadnych zastrzeżeń jest Marko Arnautović. Austriak rozgrywa na boiskach Premier League sezon życia. Jego dorobek wygląda imponująco – 11 goli i 5 ligowych asyst.
Natomiast co można powiedzieć o jego kolegach z formacji ofensywnej? Niewiele dobrego. Ibrahim Affelay kolejny raz rozmienił się na drobne. Holender w 24 występach ligowych zdobył zaledwie dwa gole i zanotował 2 asysty, po czym doznał zerwania wiązadeł w kolanie i granie w piłkę tym roku kalendarzowym ma już z głowy. Z kolei sprowadzony za rekordową w historii Garncarzy sumę Xerdan Shaqiri od stycznia mocno obniżył loty. Filigranowy pomocnik w tym czasie zdobył zaledwie jednego gola i podwoił liczbę otwierających podań do zaledwie 6. Mocno zaczęły także irytować jego nieudane dryblingi, które kończyły się stratą, a piłka często grzęzła w gąszczu nóg obrońców rywali.

Niewiele lepiej wygląda pozycja Bojana Krkicia. Hiszpan w ciągu niemal 5 miesięcy trafił do siatki 2 razy i przestał cieszyć się zaufaniem trenera. W ostatnich 12 meczach skrzydłowy rozpoczynał spotkanie w wyjściowej jedenastce zaledwie trzy razy. W dwóch kolejnych meczach z Manchesterem City i Sunderlandem wychowanek La Masii nie podniósł się z ławki choćby na chwilę.

Sam Bojan wyraża swoje niezadowolenie i jest mocno zaskoczony tym, że poszedł w ostatnich tygodniach w odstawkę. Trener The Potters wyjaśnia powody takiej decyzji na łamach angielskiego dziennika „Daily Mail”:
„Niektóre mecze są dla niego dobrą opcją, a inne nie. To wpływa na Bojana. Z pewnością mecz z Sunderlandem był takim, w którym czułem, że nie będzie on w stanie położyć swojego stempla na grze ekipy. Ale to nie zmienia tego, że uważam go za gracza mogącego mieć wpływ na naszą przyszłość w innych meczach. To było tylko jedno spotkanie, w którym czuliśmy, że jego poszczególne umiejętności nie będą potrzebne” – powiedział Hughes
Jednym z powodów odsunięcia Bojana w ostatnich tygodniach na boczny tor, oprócz słabej dyspozycji, może być też fakt, iż potrzebował dużo czasu, aby powrócić do pełnej sprawności po uszkodzeniu więzadeł w kolanie i długiej pauzie od styczna do lipca zeszłego roku. Jednak z drugiej strony, w pierwszej części sezonu Hiszpan wiele razy spisywał się naprawdę dobrze. Był kluczowym piłkarzem choćby w zwycięskiej konfrontacji z Manchesterem United, ale zbyt często jego gra podlegała dużym wahaniom formy. Główny problem ma znacznie głębsze podłoże i wydaje się, że mogą być to sprawy związane z mentalnością byłego piłkarza Barcelony, który rzeczywiście ma przebłyski świetnej gry, ale częściej pokazuje swoje drugie, niezwykle chimeryczne oblicze.

Po trzecie,  indolencja strzelecka napastników. Sam Mark Hughes zdaje się dostrzegać ten kłopot i w wielu meczach rotuje ustawieniem z przodu. W ostatnich 3 spotkaniach ligowych korzystał z usług trzech różnych piłkarzy na szpicy. Po klęsce z Tottenhamem, gdzie rolę tą pełnił Bojan, w meczu z Manchesterem City grał już Joselu, natomiast z Sunderlandem swoją szansę otrzymał Peter Crouch. Zaawansowany wiekowo snajper jest coraz rzadziej wykorzystywany z uwagi na to, że styl The Potters ewoluował i w głównej mierze opiera się na grze zakładającej częstą wymianą piłki między zawodnikami i stosowanie podań po ziemi, a nie długich przerzutów, które bardziej odpowiadają charakterystyce rosłego napastnika Garncarzy.



Trener The Potters próbuje różnych wariantów, ale póki co żaden z nich nie przynosi efektów. W tym sezonie zdarzały się już nawet eksperymenty z Biramem Dioufem na skrzydle oraz Gianellim Imbulą czy Charliem Adamem na na pozycji ofensywnego pomocnika. Wszystkie próby i ostatnie taktyczne zawirowania w ekipie z Britannia Stadium są jednak do zapomnienia.

Po czwarte, bardzo niska wydajność Stoke City w ataku. Ekipa The Potters stwarza niewiele stuprocentowych okazji bramkowych, co wpływa na znikomą liczbę trafień w przekroju całego sezonu Premier League.  W 36 meczach gracze Hughesa zdobyli zaledwie 38 goli (mniej niż znajdujący się w strefie spadkowej Sunderland!), co daje im 13. miejsce w tej klasyfikacji spośród całej ligowej stawki. Bardzo blado wygląda także statystyka oddawanych średnio strzałów w czasie jednego meczu. Klub ze Stoke-on-Trent (11,1 uderzeń na spotkanie) wyprzedza zaledwie trzy ekipy: Norwich City (10,9), Aston Villę (10,4) oraz West Bromwich Albion (10,1).

Źródło: Squawka.com

Po piąte, poważna kontuzja podstawowego bramkarza Garncarzy – Jacka Butlanda. Reprezentant Anglii złamał kostkę pod koniec marca i czeka go dłuższa, kilkumiesięczna przerwa. Od czasu, gdy 22-latek doznał urazu w towarzyskim meczu reprezentacji Synów Albionu z Niemcami, gra drużyny z Britannia Stadium mocno kuleje. Wśród jego zastępców nie tylko nie ma wartościowego zmiennika, ale pech dopadł także drugiego golkipera, najstarszego w całej kadrze Stoke Shay’a Givena, liczącego już 40 wiosen. Irlandczyk zdołał dopiero co wskoczyć między słupki i doznał urazu pachwiny. W sumie w 2 meczach puścił aż 6 goli. Zastąpił go nominalnie trzeci bramkarz Jakob Haugaard, który w 4 meczach ani razu nie zanotował czystego konta, wyciągając piłkę z siatki aż 9 razy. Strata Butlanda, który był pewnym punktem ekipy Marka Hughesa jest bardzo odczuwalna, bowiem młody Anglik, typowany przez wielu na następcę Joe Harta w reprezentacji Anglii, nie tylko popisywał się kapitalnymi paradami i nie popełniał prostych błędów, czego nie można powiedzieć o duńskim golkiperze, ale także w aż 10 meczach zagrał na zero z tyłu. W sumie obaj zmiennicy Butlanda dali się pokonać aż 15 razy, natomiast podstawowy bramkarz Stoke 37 razy sięgał po piłkę do siatki.

Źródło: Squawka.com

Po szóste, brak napastnika z prawdziwego zdarzenia, klasycznej „9”, która w sezonie byłaby w stanie strzelić co najmniej 10 bramek. Oczywiście Mark Hughes w miarę możliwości do tej roli wyznaczał Jonathana Waltersa (5 goli i 3 asysty) czy też Petera Croucha (bez gola w całym sezonie!), ale bez wątpienia pozycja środka ataku jest w ekipie The Potters najsłabiej obsadzona. Ani Joselu, ani Birame Diouf nie dają odpowiedniej jakości w ofensywie. Pytanie na dziś brzmi zatem, kto mógłby wzmocnić Stoke City przed nowym sezonem, będąc gwarantem kilkunastu bramek?

Ostatni remis z Sunderlandem i długimi fragmentami niezwykle toporny styl gry – granie długich diagonalnych przerzutów w stronę Petera Croucha – sprawił, że zamiast wykonać krok do przodu, ekipa Stoke zrobiła dwa do tyłu. O niesamowitym spotkaniu z końcówki grudnia zeszłego roku z Evertonem (wygrana 4:3 na Goodison Park – przyp. red.), kiedy podopieczni Hughesa momentami przeprowadzali akcje niemal jak z Play Station, już nikt nie pamięta. Obecnie trzeba zejść z obłoków na ziemię i znaleźć z tej sytuacji rozwiązanie.

Wydaje się, że problem mogłoby zlikwidować przyjście na Britannia Stadium skutecznego snajpera. Ostatnie plotki transferowe mówią o zainteresowaniu ze strony włodarzy ekipy Garncarzy usługami Munasa Dabbura. Reprezentant Izraela od trzech sezonów występuję w szwajcarskim Grasshopper Zurich, gdzie stanowi o sile ofensywnej klubu z Super League. W 77 meczach ligowych  zdobył dla Koników Polnych aż 40 bramek! W trwającym sezonie jest najlepszym snajperem całej ligi szwajcarskiej z dorobkiem 18 trafień. 23-latek wyceniany jest na 10 mln £.


Na koniec warto jeszcze odnieść się do ostatniego meczu, zaledwie zremisowanego przez Stoke 1:1 ze znajdującym się w strefie spadkowej Sunderlandem. Powyższe spotkanie dobitnie pokazało, że gra The Potters wymaga stabilizacji i zdecydowanego zerwania z wizerunkiem siermiężnej gry. Grafika przedstawiona w stacji BBC Sport, pokazująca częstotliwość przeprowadzania przez Stoke akcji m.in. za pomocą długich, górnych podań, wcale nie musi być traktowana wyłącznie w kategoriach ciekawostki. Z jednej strony można dojść do wniosku, że to szukanie gry, która stanowi niejako akt desperacji wobec słabej formy ofensywnej osi zespołu, a z drugiej – element nieprzynoszący korzyści, który niezbyt często, ale jednak jest jeszcze wykorzystywany w grze zespołu z Britannia Stadium.

źródło: BBC Sport
Ostatnie dwa mecze ligowe Stoke City bez kilku kontuzjowanych zawodników, m.in. Jacka Butlanda, Glena Johnsona czy też Johna Waltersa, będą niejako pewnym poligonem doświadczalnym, aby przetestować nowe warianty taktyczne, które można będzie wdrożyć i ewentualnie zastosować już w sezonie 2016/17. Odpowiedzą one także na pytanie, czy podopieczni Hughesa utrzymają miejsce w pierwszej „dziesiątce” Premier League.

Tekst ukazał się również na portalu NaszFutbol.com.

piątek, 6 maja 2016

Jermain Defoe - piłkarskie życie zaczyna się po trzydziestce

Prawdziwe życie piłkarza zaczyna się po trzydziestce – określenie to idealnie wpisuje się w losy snajpera Sunderlandu, Jermaine’a Defoe. Będący w wieku chrystusowym napastnik swoimi golami podtrzymuje nadzieję Czarnych Kotów na pozostanie w angielskiej elicie. Były gracz Tottenhamu zaprzecza teorii, że wyjazd do amerykańskiej ligi MLS może być niejako pożegnaniem z wielkim europejski futbolem i stanowić wcześniejszą sportową emeryturę. Defoe obecnie rozgrywa najlepszy sezon w Premier League od 7 lat, kiedy imponował grą w barwach Kogutów. Jaka jest zatem tajemnica jego długowieczności i utrzymywania wysokiej formy strzeleckiej pomimo aż 33 lat na karku?

źródło: CC 2.0, @cfcunofficial (Chelsea Debs) London
Angielski snajper w 2014 roku reprezentował barwy Toronto FC, gdzie poczynał sobie całkiem nieźle. W kanadyjskim klubie wyrobił sobie szczególną pozycję i markę, a swoimi bramkami (aż 11 w 19 meczach) zapracował na status jednej z gwiazd MLS. Za oceanem Defoe wytrzymał jednak tylko rok. W styczniu 2015 roku klub ze stanu Ontario zrobił świetny interes, sprzedając napastnika za 14 mln £ (przychodził do MLS za niecałe 6,5 mln – przyp. red.) do klubu z hrabstwa Tyne and Wear. W Sunderlandzie były reprezentant Anglii dostał solidną tygodniówkę na poziomie 70 tys. £ oraz podpisał 3,5 letni kontrakt. Pierwsze półrocze spędzone w ekipie Czarnych Kotów nie było zbyt udane dla 33-letniego napastnika – w sezonie 2014/15 zapisał na swoim koncie zaledwie 4 ligowe trafienia w 17 występach.

Usprawiedliwieniem dla nikłego dorobku bramkowego Defoe mogła być zmiana pracodawcy. Przystosowanie do nowej strefy czasowej, brytyjskiego klimatu, aktualnych wymogów ligi angielskiej, a przede wszystkim nieprzepracowanie okresu przygotowawczego z nową drużyną spowodowało, że kibice zasiadający na Stadium of Light musieli czekać znacznie dłużej i niejako uzbroić się w cierpliwość, aby zacząć oglądać popisy Jermaine’a. Prawdziwa eksplozja formy Anglika nastąpiła dopiero w sezonie 2015/16.

Obecne rozgrywki pokazują, że Defoe jest jak wino – im starszy tym lepszy. Sunderland broni się przed spadkiem z Premier League, ale heroiczna walka o utrzymanie zespołu Sama Allardyce’a nie byłaby możliwa bez nieprzeciętnych umiejętności i sprytu Anglika, który potrafi znaleźć się na boisku we właściwym miejscu i czasie.

Aby uzmysłowić sobie, jak wielki wpływ na zespół Sunderlandu ma Defoe, należy zwrócić szczególną uwagę na niesamowite strzeleckie statystyki snajpera ekipy znad rzeki Wear. W trwającej ligowej kampanii 33-latek rozegrał do tej pory 31 spotkań i zdobył aż 14 bramek! Jego trafienia dały w sumie ekipie Allardyce’a aż 14 ligowych punktów! Co ciekawe, Defoe znacznie lepiej czuje się grając na obcych boiskach. Poniższa infografika przedstawia czołówkę strzelców Premier League na wyjazdach. 33-letni napastnik Sunderlandu zajmuje w niej miejsce na podium.
Warto na chwilę zatrzymać się przy całościowym dorobku Anglika w lidze angielskiej. W 427 meczach trafiał do siatki aż 141 razy (licząc ostatni mecz ze Stoke, ma na koncie jedno trafienie więcej – dod. red.). Poniżej graficzne podsumowanie wszystkich bramek dynamicznego snajpera Sunderlandu w Premier League.
Jakże znamienny jest poniższy Tweet, który demonstruje wyczyny byłego gracza Tottenhamu w barwach Sunderlandu w trwającym sezonie ligowym:
Bez goli Defoe angielski klub mógłby już myśleć o przyszłorocznym sezonie w Championship, a tak ekipę Czarnych Kotów czeka heroiczna walka o utrzymanie w elicie. Obecnie Sunderland zajmuje osiemnaste, spadkowe miejsce, ale traci zaledwie jeden punkt do Newcastle United i dodatkowo ma jeszcze w zanadrzu zaległe spotkanie z Evertonem.

Wyjazd do USA, a następnie powrót do Europy wyraźnie pomógł Defoe. Napastnik odżył w Toronto, po wcześniejszym grzaniu ławy w Tottenhamie. Ponowny przyjazd na Wyspy pozwolił mu ustabilizować formę.

Sam Allardyce, szkoleniowiec Sunderlandu, wystawił bardzo pochlebną laurkę 33-letniemu napastnikowi po ostatnim, zremisowanym 1:1 rzutem na taśmę, meczu wyjazdowym ze Stoke City, w którym Defoe w 94. minucie, pewnym strzałem z rzutu karnego, uratował dla ekipy z hrabstwa Tyne and Wear niezwykle cenny punkt:
“Gdzie byśmy byli bez Jermain’a Defoe’a? Prawdopodobnie byśmy już spadli. Inni gracze nie uzyskali wystarczającej liczby goli, ale Jermain trzyma nas z dala od kłopotów. To są wspaniałe statystyki (11 goli na wyjeździe – przyp. red.). Życzyłbym sobie, aby kolejne mecze grać z dala od domu. Muszę mu podziękować za 14 trafień w bieżącym sezonie” – podsumował Allardyce
Trwający sezon jest dla zaawansowanego wiekowo Jermaina jednym z najlepszych w karierze. Sam zawodnik ma powody do zadowolenia nie tylko z liczby uzyskanych bramek, ale również gier rozegranych w Premier League. We wrześniu 2015 roku Defoe otrzymał od zawodowej ligi na Wyspach list, w którym przekazane zostały gratulacje z okazji jubileuszowego 400. występu w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Nie tylko Defoe wypromował się w MLS 

Wyczyny boiskowe Defoe i jego ponowny rozkwit w Europie po wcześniejszym pobycie w lidze amerykańskiej należą do rzadkości w środowisku piłkarskim. Trudno znaleźć inne podobne przykłady graczy, którzy po powrocie ze Stanów byliby wiodącymi postaciami europejskich zespołów. Jednym z nich może być Giancarlo Gonzalez. 26-latek w lutym 2014 roku przeniósł się z Valarengi Oslo do Columbus Crew. Wydawało się, że tym transferem pogrzebie swoje szanse na zrobienie większej kariery. Nic z tych rzeczy. Minęło zaledwie kilka miesięcy, gdy jego usługami zainteresowało się włoskie Palermo. Ekipa Serie A sprowadziła go do siebie, a Kostarykanin wywalczył pewne miejsce na środku obrony klubu, w którym ostatnio regularnie zaczął występować, typowany do składu Polaków na Euro 2016, Thiago Cionek.

Innym piłkarzem, który przeszedł podobną drogę i wypromował się na grze w MLS jest Fredy Montero. Kolumbijski napastnik przez wiele lat stanowił o sile Seattle Sounders, gdzie zdobył pokaźną liczbę niemal 50 bramek. W 2013 roku jego usługami zainteresował się Sporting Lizbona. Portugalczycy zapragnęli go mieć u siebie i szybko sfinalizowali transakcję. W ciągu trzech sezonów 28-latek zdobył w Liga Sagres aż 27 bramek i w styczniu 2016 roku ponownie zmienił barwy, zasilając… chiński klub Tianjin Teda, gdzie początek, póki co, ma wyśmienity (4 gole w 7 meczach – przyp. red.).

Powyższe przykłady jasno wskazują, że amerykańska liga MLS wcale nie musi być przytułkiem do sportowej emerytury.

Wracając do głównego bohatera niniejszego tekstu, należy przypomnieć, że szerszej publiczności Defoe przedstawił się dobrych kilka lat temu poprzez niesamowity popis strzelecki, jaki urządził sobie w jednym z meczów ligowych. Data 22 listopada 2009 roku jest prawdopodobnie jego najmilszym wspomnieniem w całej jego karierze. Właśnie wtedy 33-latek zapisał się w historii Premier League złotymi zgłoskami, strzelając aż 5 goli w meczu Tottenham – Wigan, wygranym przez Koguty w rekordowych rozmiarach 9:1.

Przy okazji tego rekordowego występu, Defoe potrzebował zaledwie 7 minut, aby skompletować hat-tricka, co aktualnie sytuuje go na 4. miejscu pod względem najszybszych trzech bramek zdobytych przez jednego gracza w meczu w historii ligi angielskiej. Aktualnie tylko pięciu graczom w Premier League udało się ustrzelić piłkarskiego „pokera”. Defoe wylądował w niezwykle zaszczytnym gronie wspólnie z takimi znakomitościami jak Alan Shearer, Sergio Agüero, Dymitar Berbatov i Andy Cole.

Poniżej kompilacja wideo z najładniejszymi trafieniami Defoe na poziomie Premier League:


Recepta na długowieczność

Kluczem do piłkarskiej długowieczności i utrzymywania wysokiej formy, pomimo 33-lat na karku, jest dla Defoe osoba Paulo Di Canio, byłego piłkarza m.in. Juventusu, West Hamu czy Lazio, aktualnie bezrobotnego trenera, związanego w przeszłości z obecnym klubem snajpera Czarnych Kotów, a we wrześniu 2013 roku zwolnionego ze stanowisku ekipy ze Stadium Of Light.

Defoe, wybrany kilkanaście dni temu przez kibiców na najlepszego piłkarza roku w ekipie Sunderlandu, ujawnił, jak wielki wpływ na jego stabilizację formy miał włoski szkoleniowiec, który stanowi dla Anglika prawdziwy wzór do naśladowania:
“Di Canio był niewiarygodny. To przykład profesjonalizmu. Pamiętam czasy, kiedy byłem w młodzieżowym zespole West Hamu i wiele razy widziałem zostającego po treningu Paolo. On był jedyny, a w sobotę był najlepszym zawodnikiem meczu. To zawsze mnie podtrzymywało. Jako młody chłopak zdałem sobie sprawę, że nie było w tym żadnego przypadku, ponieważ ten facet robił same dobre rzeczy – siłownia, odżywanie i dodatkowy trening. Zawsze chciałem być jak on i strzelać gole” – zdradził Defoe
Od czasu powrotu na Wyspy Brytyjskie, w styczniu 2015 roku, 33-letni Anglik zdobył aż 18 bramek w 43 meczach Premier League. Sam Defoe w rozmowie z lokalną gazetą Sunderland Echo opowiada, że kolejne gole są dla niego niezwykle ważną częścią piłkarskiego rzemiosła:
„Kiedy dostałem telefon, aby przyjść tutaj, wszystko czego chciałem, to trafiać do siatki i pomóc klubowi zostać w Premier League. Wierzę w to, że mogę dalej strzelać bramki w lidze, a kiedy dostałem okazję, już wiedziałem, że muszę to robić”
Anglik odniósł się także do nagrody dla najlepszego gracza Sunderlandu:
„Zawsze dbam o siebie, ponieważ kocham grać w piłkę nożną. To wyróżnienie jest dla mnie wyjątkowe, bowiem pochodzi z rąk fanów. To wiele dla mnie znaczy“ – podsumował napastnik Sunderlandu.
Patrząc na statystyki strzeleckie Defoe w przekroju ostatnich sezonów i wzrastające liczby w innych elementach gry, można pokusić się o stwierdzenie, że pobyt w MLS dodał mu większej pewności siebie. Poprawa liczby bloków, prób dryblingów i średnia strzałów na bramkę stanowią najlepszą wizytówkę 33-latka. Poniżej infografika przedstawiająca osiągnięcia piłkarza Sunderlandu w trzech poprzednich sezonach:


Dopełnienie tych liczb stanowią obecne rozgrywki, w których Defoe jest jeszcze bardziej aktywny pod bramką rywali. Średnio uderza 2,5 razy na mecz, notuje 0,6 kluczowych podań, a także 0,5 bloku na jedno spotkanie.

Na wszystkich frontach ten niezwykle ruchliwy napastnik trafiał do siatki aż 17 razy, z czego 14-krotnie w lidze angielskiej. Jest to najlepszy rezultat w barwach Czarnych Kotów od sezonu 2019/10, kiedy to Darren Bent imponował tak wysoką skutecznością.
Kiedy Sunderland wymienił Defoe na Jozy’ego Altidore’a, wiele było krytycznych głosów. Dla amerykańskiego napastnika pobyt na Stadium of Light zakończył się totalną klapą – w ciągu dwóch sezonów zdobył… jednego gola! Dopiero dzięki przejściu do Toronto odzyskał skuteczność. Wydawało się zatem, że podobny los może czekać Defoe, który podążył w odwrotnym kierunku. Jednak z biegiem czasu jego występy przeszły najśmielsze oczekiwania i wprawiły w osłupienie najbardziej zagorzałych przeciwników jego transferu do ekipy z północno-wschodniej Anglii.
Defoe odpowiedział na krytykę w najlepszy możliwy sposób, strzelając kolejne gole. Odniósł się także do przykrych i często niesprawiedliwych komentarzy płynących z ust fanów Sunderlandu.
„Kiedy słyszysz opinie: „on się starzeje”, chcesz udowodnić ludziom, że się mylą. Nawet pomimo tego, że mam 33 lata, wciąż mogę zdobywać kolejne gole i mieć dokładne spojrzenie na grę zespołu” – zakończył Defoe
Obecna pozycja snajpera w ekipie ze Stadium of Light jest niepodważalna. W taktyce Czarnych Kotów 33-latek pełni często rolę samotnego napastnika albo współpracuje razem z Fabio Borinim, przeprowadzając kontrataki prawym skrzydłem.

Poniżej tzw. „touchmapa” Defoe (grafika przedstawiająca miejsca kontaktów z piłką danego gracza – przyp. red.). Pozycje Anglika, oznaczone żółtym kolorem w postaci kropek, po prawej stronie, natomiast po lewej schemat taktyczny Sunderlandu z najdalej wysuniętym na szpicy wychowankiem Senrab FC.

Źródło: Opta Stats

Jaka przyszłość czeka zatem 33-letniego byłego reprezentanta Anglii? Ostatnie miesiące w Sunderlandzie są dla niego rewelacyjne, ale to, czy zostanie w ekipie z Tyne and Wear w kolejnych rozgrywkach, będzie prawdopodobnie zależeć od tego, czy Czarne Koty obronią swoją pozycję w Premier League. Terminarz podopiecznych Sama Allardyce’a i aż 3 mecze do rozegrania, kolejno: z Chelsea, Evertonem i Watfordem, w tym dwa na Stadium of Light, dają wielką nadzieję na uniknięcie spadku, a tym samym na utrzymanie w zespole wybitnego snajpera, za jakiego bez wątpienia uchodzi Defoe. Z kolejnymi golami filigranowego snajpera misja uratowania bytu Sunderlandu w angielskiej elicie wydaje się kwestią otwartą, bowiem kto, jak nie Defoe, może tego dokonać?

Tekst ukazał się również w portalu NaszFutbol.com.

niedziela, 1 maja 2016

Nowa rola Wayne’a Rooneya. Czy Anglik zostanie klasycznym rozgrywającym na lata?

Wayne Rooney od ponad 13 lat biega po boiskach Premier League. W tym czasie jego nominalną pozycją był atak, w którym czuł się jak ryba w wodzie. Jako napastnik zapracował na status legendy Premier League niezwykle pokaźnym dorobkiem bramkowym, wynoszącym aż 192 gole. Wywindował on 30-letniego reprezentanta Anglii na drugie miejsce wszech czasów w klasyfikacji strzelców ligi angielskiej. W ostatnich pięciu latach jego rola w zespole zaczęła ewoluować. W ekipie Czerwonych Diabłów Wazza coraz częściej biega w środku pola, a zamiast strzelać gole, woli dokładnym podaniem obsłużyć partnerów z zespołu. Poniżej analizujemy występy kapitana zespołu z Old Trafford na pozycji pomocnika i zastanawiamy się, czy Rooney ma zadatki na to, aby w przyszłości stać się dla ekipy Louisa Van Gaala graczem na miarę Paula Scholesa, który był mózgiem środka pola MU.

Pozycja boiskowa Rooneya w drużynie Manchesteru United z każdym rokiem ulega coraz większej transformacji. Wychowanek Evertonu wraz z wiekiem jest poddawany ogromnym przeobrażeniom, mającym na celu stopniowe wycofywanie go do tyłu. Wszyscy kibice oraz eksperci mają w pamięci gole, których zdobył dla ekipy z Old Trafford bez. Obecna rola predestynuje jednak 30-latka do stania się liderem środka pola.

Potwierdzeniem tego jest imponująca liczba asyst, jaką Anglik może się pochwalić w Premier League. Pomimo tego, że większość kariery spędził grając na szpicy, to wcale mu to nie przeszkodziło, aby zajmować aktualnie rewelacyjne 4. miejsce (94 ostatnie dogrania!) w klasyfikacji najlepszych podających w historii ligi angielskiej. Jego osiągnięcie nabiera jeszcze większej wartości, jeśli weźmiemy pod uwagę, że wyprzedzają go jedynie gracze, którzy byli (lub dalej są) związani wyłącznie z linią pomocy.


Sam zawodnik nie ukrywa tego, że w nowej roli świetnie się odnajduje. Granie na „ósemce” sprawia kapitanowi United coraz więcej radości, a oprócz tego przynosi ekipie z Old Trafford wiele korzyści. Mecz z Evertonem w półfinale Pucharu Anglii utwierdził wszystkich w przekonaniu, że cofnięcie  Wazzy do środka pomocy było bardzo dobrą decyzją Louisa van Gaala.
“Grałem na tej pozycji kilka razy podczas mojej kariery i mogę tam występować dalej. Obserwowałem Paula Scholesa w tej roli przez długie lata i zawsze wiedziałem, że pewnego dnia zagram właśnie w środku pola. Starałem się, uczyłem i podglądałem wszystkie mecze, w których Paul grał. Na razie to dopiero początek, ale mam nadzieję, że będę mógł na “8” występować, cały czas rozwijać się i stawać się jeszcze lepszym graczem” – powiedział Rooney dla stacji SkySports
Zmiana boiskowej roli Rooneya niesie za sobą niezwykle korzystną zmianę. 30-latek od zawsze był znany z tego, że doradzał i pomagał w rozwoju młodym chłopakom z akademii w Carrington (siedziba ośrodka treningowego Trafford Training Centre – przyp. red.). Był niejako dla nich wzorem do naśladowania, a jednocześnie piłkarzem, od którego można się było wiele nauczyć. Cofnięcie Wayne’a do środka pomocy sprawia, że zwalnia się w ten sposób miejsce dla młodszych od niego piłkarzy w linii ataku. Na szpicy albo na bokach mogą występować niezwykle ofensywnie usposobieni, a zarazem utalentowani Anthony Martial, Jesse Lingard oraz Marcus Rashford, którzy już wielokrotnie dali się poznać w trwającym sezonie z jak najlepszej strony, strzelając wiele ważnych goli dla United.

Analizując ostatnie sezony Wayne’a Rooney’a w barwach Czerwonych Diabłów, nie trudno oprzeć się refleksji, że Anglik coraz bardziej zaczyna kłaść nacisk na liczbę udanych odbiorów i przechwytów, które są przecież domeną pomocników. W ostatnich kilku latach, począwszy od rozgrywek 2009/10, popularny Wazza swoje boiskowe obowiązki w tej roli coraz mocniej uwydatnia. Z każdym kolejnym sezonem poprawia swoje statystyki, biorąc pod uwagę elementy charakterystyczne dla typowych „ósemek”. Poniższe liczby są najlepszą egzemplifikacją tego, że Rooney staje się pomocnikiem z prawdziwego zdarzenia, mającym coraz większy wpływ na grę United.

Grafika nr 1 – źródło WhoScored.com
Grafika nr 2 – źródło WhoScored.com

Na pierwszej infografice wyraźnie widać, że z biegiem lat (od sezonu 2009/10) zdecydowanie wzrasta wskaźnik Rooneya w odbiorach (z 0,4 na 1,0) i blokach (0,7 na 1,0). 30-latek zalicza również coraz więcej kluczowych podań (z 1,8 na 2,0). Spada natomiast liczba strzelanych goli – najwięcej 27 w sezonie 2011/12, a w obecnym – tylko 7. Gwoli uzupełnienia należy jeszcze dodać, że w trwającej kampanii średnia kluczowych podań Rooney’a wynosi 1,5, bloków – 0,8, natomiast przechwytów – 0,2 na mecz.

Na grafice nr 2 szczególnie zwraca uwagę spadek liczby strzałów na mecz (z 5,7 na 2,1) oraz znaczne obniżenie skuteczności – 26 bramek w latach 2009/10 do zaledwie 7 w sezonie 2015/16 (stan na 30.04.2016 r.).

Wazza nie tylko dobrze czyta grę i zostaje często w głębi pola, regulując tempo akcji, ale jego działania powodują również, że zostawia dużo wolnego miejsca dla młodych graczy. Mecz z Evertonem w 1/2 finału Pucharu Anglii (wygrana MU 2:1 – przyp. red.) pokazał, jak duży potencjał i umiejętności tkwią w Rooneyu grającym na pozycji środkowego pomocnika. Notabene były gracz The Toffees nie tylko przechwytywał piłki i rozpoczynał ataki, ale starał się także brać na siebie wiele obowiązków defensywnych, całkowicie wyłączając z gry Romelu Lukaku, najgroźniejszego strzelca klubu z Goodison Park.

Sam Louis Van Gaal, szkoleniowiec Man Utd, na konferencji prasowej po spotkaniu z Evertonem o występie Rooney’a na środku pomocy z Marouanem Fellainim i Michaelem Carrickiem powiedział kilka ciepłych słów:
“Wayne może wnosić dużo do zespołu grając w pomocy. Dzisiaj zobaczyłem wspaniały występ Rooneya w linii środkowej. To już nie pierwszy raz, kiedy gra na tej pozycji. W poprzednim roku także tam występował, a wtedy jego koledzy mówili, że jego optymalnym położeniem na boisku jest atak. Pamiętacie to może?” – zakończył nieco ironicznie Van Gaal
Niesamowite statystyki Rooneya dobitnie świadczą o tym, że na pozycji pomocnika jego rozwój idzie w dobrym kierunku, a sam zawodnik daje swojemu zespołowi nową jakość. Wśród całej linii pomocy dorobek 30-letniego Anglika w trwającym sezonie, biorąc pod uwagę takie elementy gry jak wykreowane sytuacje bramkowe czy też aktywność związana z liczbą strzałów, każe go umiejscowić bardzo wysoko. Spośród pomocników tylko Juan Mata stworzył kolegom więcej okazji do zdobycia gola – 48. Rooney zanotował już 35 takich zagrań! Ponadto Wazza ma na koncie 4 asysty i żaden z jego kolegów nie może się pochwalić lepszym dorobkiem. Ciężka praca na całej długości i szerokości boiska wcale nie przeszkadza Wayne’owi, aby najczęściej uderzać na bramkę spośród wszystkich graczy klubu z Old Trafford.

źródło: squawka.com

Ewolucja 30-letniego Anglika przebiega bardzo harmonijnie. Coraz częściej można zaobserwować, w jaki sposób ulega zmianie rola kapitana United na podstawie tzw. Heat-maps, a więc obszarów boiska, w których zawodnik najczęściej przebywa. Poniższa grafika przedstawia, jak długą drogę przeszedł Rooney począwszy od sezonu 2010/11, stopniowo wycofując się z roli napastnika, aby wylądować ostatecznie w środku pola.

Image and video hosting by TinyPic

Rooney w półfinale Pucharu Anglii na Wembley był pełnowartościową „ósemką”, piłkarzem decydującym o obliczu zespołu. Wrócił po kontuzji we wspaniałym stylu i w jakże innej roli, niż występował w ekipie z Old Trafford zaledwie 3 miesiące temu w meczu z Sunderlandem, gdzie grając na szpicy miał zaledwie 47 kontaktów z piłką. Dla porównania, z Evertonem zaliczył ich aż 70, zaledwie trzy mniej od najlepszego w tej statystyce Michaela Carricka.


Zatem pytanie na dzisiaj brzmi, czy przyszłość kapitana Manchesteru United leży w środku pola? Bez wątpienia Rooney ma zadatki, aby stać się dla ekipy z Old Trafford „ósemką” z prawdziwego zdarzenia na długie lata, względnie klasyczną „10”. Przykład Andrei Pirlo jest tego najlepszym potwierdzeniem. Pomimo upływu wieku „L’Architetto” był w Juventusie jak wino – im starszy tym lepszy.

Do nowych schematów taktycznych Wazza potrafił się wpasować idealnie, a styl gry MU wcale na tym nie ucierpiał, a wręcz przeciwnie – zaczął przynosić same korzyści. Rooney sam coraz bardziej jest przekonany do tego, aby występować na stale w środku pola. Powoli odbieranie piłek staje się jego boiskowym żywiołem, a napędzanie ataków zaczyna stanowić dla niego chleb powszedni.

W medialnych spekulacjach coraz częściej mówi się o tym, że od przyszłego sezonu na Old Trafford nastaną rządy José Mourinho, który swego czasu, mając pod skrzydłami Angela Di Marię, uczynił z argentyńskiego skrzydłowego zawodnika środka pola. Boiskowa rola Rooneya niejako budzi skojarzenia z sytuacją dynamicznego gracza PSG. Po przyjściu szkoleniowca z Portugalii, Anglika może czekać podobna droga – przesunięcie na stałe z ataku do linii pomocy. Wydaje się, że takie rozwiązanie mogłoby pomóc wychowankowi The Toffees wznieść się na jeszcze wyższy poziom (o ile to możliwe). Mając u boku takiego fachowca jak Mourinho, posiadającego wszystkie tajniki futbolowego rzemiosła w małym palcu, można upatrywać w 30-letnim kapitanie United piłkarza ze zmysłem organizacyjnym i wizją gry oraz wrodzoną inteligencją boiskową. Tylko pod wodzą Portugalczyka Wazza będzie mógł przejść kolejną transformację, aby z boiskowej „ósemki” stać się klasycznym rozgrywającym, decydującym o obliczu 20-krotnego mistrza Anglii przez wiele lat.

Tekst można również przeczytać na portalu NaszFutbol.com