piątek, 19 grudnia 2014

Szokująca metamorfoza West Ham United!


Autor: toasbrot81, CC BY-NC 2.0
Angielska Premier League zbliża się niechybnie do półmetka sezonu. Na czwartej pozycji w tabeli jest aktualnie klub, na który nikt nie ośmieliłby się postawić choćby złamanego grosza, że po 16. kolejkach będzie zajmował miejsce gwarantujące start w przyszłorocznych eliminacjach do Ligi Mistrzów. Tym zespołem jest West Ham United, która wprawia w osłupienie wszystkich ekspertów na Wyspach, notując zadziwiające rezultaty i prezentując przy tym jakże diametralnie inną piłkę, od tej sprzed zaledwie kilku miesięcy. Jest to bodaj największa i najbardziej szokująca metamorfoza, będąca udziałem klubu z Londynu!

Jeszcze do niedawna „Młoty” kojarzyły się z bardzo brzydkim stylem gry, żeby nie napisać najbardziej przewidywalnym, nastawionym tylko i wyłącznie na bronienie dostępu do własnej bramki i bardzo prymitywną grę w ataku, polegającą na graniu długich podań do wysokiego napastnika.

Znakiem charakterystycznym klubu z Upton Park był futbol toporny i siermiężny, pozbawiony jakiejkolwiek atrakcyjności i polotu. Sam Jose Mourinho, szkoleniowiec Chelsea określił grę „Młotów” jako „dziewiętnastowieczny futbol” nastawiony tylko na zaryglowanie własnego pola karnego. Chelsea w meczu z West Ham United pomimo, że oddała na bramkę przeciwnika aż 39 strzałów, nie zdołała zdobyć choćby jednego gola i mecz zakończył się bezbramkowym remisem. To wydarzenie miało miejsce w styczniu tego roku.

Obecnie wydaje się, że tamte czasy minęły już bezpowrotnie. Do Sama Allardyce`a piastującego funkcję menadżera Młotów od 1 czerwca 2011 roku przypięto łatkę człowieka, którego głównym celem było skupienie się na jak najlepszym zabezpieczeniu zespołu przed utratą goli. Z jednej strony jest to dla niego trochę krzywdzące, ponieważ stosowanie wybitnie defensywnej taktyki wynikało z grupy zawodników, których posiadał. Przecież jeszcze w czasie pracy w Boltonie nie był kojarzony z grą defensywną, a wręcz przeciwnie, nie zaniedbywał wcale ofensywnej formacji, mając w składzie zawodników pokroju Jay-Jay Okochy czy też Youriego Djorkaeffa. Dla 60-latka od zawsze jedna rzecz pozostawała niezmienna. Nie przejmował się krytyką, tylko skupiał swoją uwagę na tym, aby osiągnąć jak najbardziej korzystny wynik, uprawiając niemal „antyfutbol”.

Cały artykuł do przeczytania na portalu sportowym FALASPORTU.PL.

piątek, 12 grudnia 2014

Przed 16. kolejką Premier League: 6 kluczowych pytań


Na pierwszy plan 16. serii Premier League zdecydowanie wysuwa się niedzielna konfrontacja na Old Trafford, gdzie notujący wspaniałą serię 5 wygranych meczów z rzędu Manchester United podejmie zawodzący na całej linii w bieżących rozgrywkach Liverpool FC. Co jeszcze ciekawego czekać nas będzie w najbliższej kolejce ligi angielskiej? Oto sześć kluczowych pytań przed 16. kolejką Premier League!1. Czy Manchester United wygra po raz szósty z rzędu?

1. Czy Manchester United wygra po raz szósty z rzędu?

Podopieczni Louisa Van Gaala po bardzo słabym początku sezonu, w ostatnich tygodniach prezentują wyrachowany futbol, może bez jakichś fajerwerków, ale do bólu skuteczny. Mają na rozkładzie kolejno Crystal Palace, Arsenal, Hull City, Stoke City oraz Southampton. Dobre wyniki Czerwonych Diabłów znalazły szybko swoje odzwierciedlenie w ligowej tabeli. MU dołączył do czołówki i zajmuje już 3 miejsce w Premier League, ze stratą „tylko” 5 punktów do lokalnego rywala z niebieskiej części – Manchesteru City. Przed 16. kolejką Premier League „Czerwone Diabły” są uważane za zdecydowanego faworyta niedzielnego hitu na Old Trafford.

Zgoła odmienne nastroje panują w Liverpoolu, który po niespodziewanym, ale jak najbardziej zasłużonym odpadnięciu z Ligi Mistrzów wydaje się być zespołem całkowicie rozbitym i nie mogącym, wciąż znaleźć swojej tożsamości, także w lidze, po sprzedaży Luisa Suareza i kupnie wielu nowych zawodników za ogromne pieniądze. Brendan Rodgers – szkoleniowec „The Reds” jest prawdopodobnie w tej chwili najbardziej zagrożonym trenerem do zwolnienia spośród wszystkich zespołów Premier League.

Cały artykuł do przeczytania wyłącznie na nowym portalu sportowym FalaSportu.pl.

2. Jak poradzi sobie Manchester City w starciu z klubem Marcina Wasilewskiego?

Manchester City mający w ostatnich tygodniach wiele powodów do zadowolenia (środowa wygrana w LM w Rzymie i awans do 1/8 finału) jedzie do beniaminka Leicester, który zamyka ligową tabelę z dorobkiem 10 punktów. „Obywatele” notują 4 wygrane z rzędu i zbliżyli się na odległość zaledwie trzech punktów do liderującej Chelsea, która w poprzedniej kolejce poniosła pierwszą porażkę w sezonie z Newcastle United. Pomimo absencji najlepszego snajpera PL – Sergio Aguero (wyłączony z gry z powodu kontuzji na 6 tygodni), zawodnicy Manuela Pellegriniego powinni wywieźć z King Power Stadium komplet punktów. W „Lisach” pomimo kiepskich wyników dobre recenzje zbiera nasz rodak – Marcin Wasilewski, który wywalczył sobie silną pozycję i co cieszy, stawia na niego regularnie Nigel Pearson. Czy były reprezentant Polski będzie skałą nie do przejścia dla bałkańskich napastników Edina Dżeko i Stevana Joveticia?

środa, 19 listopada 2014

Southampton FC znowu zadziwia całą Premier League



Piłkarze Southampton mają w ostatnich tygodniach wiele powodów 
do zadowolenia, fot. Ronnie Macdonald, CC BY 2.0

Jak to się robi na St. Mary's Stadium?

W Southampton FC latem doszło do rewolucji transferowej – odeszło 5 czołowych zawodników z pierwszej jedenastki, a dodatkowo zmienił się trener – Koeman zastąpił Pochettino. W opinii ekspertów Święci zostali skazani na ciężką walkę o utrzymanie w Premier League. Tymczasem po 11 kolejkach sezonu 2014/15 wszyscy mogą przecierać oczy ze zdumienia, bowiem zespół z St. Mary’s Stadium plasuje się na pozycji wicelidera, którego oddech czuje na swoich plecach prowadząca w rozgrywkach londyńska Chelsea. Jakie czynniki definiują świetną grę zespołu w trwających rozgrywkach?

Wielka letnia wyprzedaż

Po ubiegłym sezonie, zakończonym zajęciem najlepszego w historii – 8. miejsca na mecie rozgrywek, w lecie doszło do rekordowej wyprzedaży kluczowych zawodników, którzy decydowali o obliczu Southampton FC. Liverpool pozyskał aż 3 graczy Świętych – napastnika Rickiego Lamberta (5,5 mln), pomocnika Adama Lallanę (31 mln) oraz chorwackiego obrońcę Dejana Lovrena (30 mln). Dodatkowo do Manchesteru United został sprzedany jeden z najbardziej utalentowanych lewych defensorów na wyspach – Luke Shaw, za astronomiczną sumę ponad 39 mln funtów.

 Boruc niepotrzebny i skreślony przez Koemana

Wraz z przyjściem nowego trenera Ronalda Koemana, który zastąpił Argentyńczyka Mauricio Pochettino, nastały ciężkie czasy dla Artura Boruca. Polski bramkarz po świetnym ubiegłym sezonie (aż 14 czystych kont) stracił niespodziewanie miejsce w zespole i został odstawiony na boczny tor. Nowy holenderski szkoleniowiec Świętych postawił na Frasera Forstera (przyszedł z Celticu aż za 12,5 mln funtów), który od razu „wskoczył” do bramki Southampton FC. Natomiast jedynym ratunkiem dla Boruca było znalezienie sobie nowego zespołu. Ostatecznie reprezentant Polski został wypożyczony na trzy miesiące (do stycznia 2015 roku) do grającego na zapleczu Premier League – AFC Bournemouth. Jakby tego było mało, to Southampton FC lekką ręką pozbyli się młodziutkiego obrońcy Caluma Chambersa (18 mln), który przeszedł do Arsenalu Londyn. W sumie Święci zyskali na wszystkich transakcjach ponad 125 milionów funtów. Nie pozostało zatem nic innego, jak wyruszyć na łowy i dokonać rozsądnych i przemyślanych zakupów.

Cała treść artykułu do przeczytania wyłącznie na portalu Falasportu.pl.

 


czwartek, 13 listopada 2014

Jak to się robi w AFC Bournemouth? Przedstawiamy nowy klub Artura Boruca



 Stadion Bournemouth , fot. Matt Northam, źródło: (CC BY-NC-ND 2.0
Zaplecze angielskiej Premier League to prawdopodobnie najbardziej wymagające i męczące rozgrywki ligowe na świecie. Klubem, który świetnie odnajduje się w realiach Championship jest nowy zespół Artura Boruca – AFC Bournemouth, który po 17 kolejkach zajmuje, sensacyjne, drugie miejsce w tabeli – premiowane awansem do najwyższej klasy rozgrywkowej.

Z czego słynie Bournemouth?
Bournemouth to liczące ponad 100 tys. mieszkańców miasto położone nad kanałem La Manche, na południowym wybrzeżu Wielkiej Brytanii, które jest jednym z najbardziej obleganych miejsc wypoczynkowych i kąpieliskowych w całym kraju. Ten stan zawdzięcza przede wszystkim piaszczystym plażom, a także uprawianiu sportów wodnych, na czele z wind i kitesurfingiem, a także wioślarstwem. Ponadto miasto posiada także dwa zespoły krykieta oraz futbolowe. W ostatnich tygodniach na ustach wszystkich, stanowiąc jednocześnie wizytówkę miasta, jest niespodziewanie klub piłkarski AFC Bournemouth, grający w angielskiej Championship.

Przyjście Boruca i nieprawdopodobna passa




Od czasu wypożyczenia do Bournemouth Artura Boruca (potrwa do stycznia 2015 roku – przyp. red.), popularni „The Cherries” – nazwa wywodzi się od czerwonych strojów, które zakładają piłkarze na co dzień, przeżywają jeden z najlepszych okresów w swoich dziejach. Od 20 września br., kiedy to reprezentant Polski wskoczył do bramki „Boscombe”, ekipa młodego – zaledwie 36-letniego trenera Eddiego Howe’a, notuje niesamowitą serię. Od 9 spotkań są niepokonani w Championship, wygrali aż 7 spotkań i zanotowali 2 remisy. Polski golkiper ma w tej znakomitej passie bardzo duży udział, bowiem w aż 6 meczach zachował czyste konto! AFC Bournemouth było już nawet, przez moment, liderem zaplecza Premier League, a obecnie zajmuje doskonałe – drugie miejsce, z jednym punktem straty do lidera – Derby County. Szerokim echem w zagranicznych mediach odbił się wynik konfrontacji „The Cherries” w wyjazdowej potyczce z Birmingham, wygrany przez Bournemouth w rekordowych rozmiarach, bo aż 8:0! To najwyższe zwycięstwo w historii klubu, a polski golkiper obronił w tym meczu „jedenastkę” wykonywaną przez Paula Caddisa.

AFC Bournemouth doskonale radzi sobie także w Pucharze Ligi Angielskiej, w którym pod koniec października wyeliminowali przedstawiciela Premier League – West Bromwich Albion. Wygrana 2:1 dała historyczny awans do 1/4 finału tych rozgrywek. Dotychczas największym sukcesem angielskiego klubu było zajęcie drugiej pozycji w League One, a więc na trzecim szczeblu rozgrywkowym w Anglii.

Cały artykuł do przeczytania na portalu sportowym Falasportu.pl.

wtorek, 11 listopada 2014

Borussia Dortmund – zespół o dwóch twarzach

Borussia Dortmund, fot. fanthomas, CC 2.0
Po paśmie 5 przegranych z rzędu w niemieckiej Bundeslidze, Borussia Dortmund w końcu przerwała koszmarną serię i odniosła zwycięstwo, pierwsze w lidze od 13 września, z niepokonaną do tej pory imienniczką z Moenchengladbach. Czy skromna wygrana 1:0 jest dla BVB przysłowiowym światełkiem w tunelu oraz impulsem do rozpoczęcia pogoni za uciekającymi rywalami z czołówki tabeli?

Życie potrafi pisać różne scenariusze, ale tego, że BVB po 10 kolejkach Bundesligi będzie zajmować miejsce w strefie spadkowej, nikt, w najczarniejszych snach, nie mógł przewidzieć! Fakty są jednak takie, że Borussia Dortmund po 1/3 sezonu znajduje się na kompromitującym – 15. miejscu w tabeli. W 11 rozegranych spotkaniach zespół z Signal Iduna Park odniósł zaledwie trzy zwycięstwa, ponosząc przy tym aż 7 porażek, w tym 5 z rzędu m.in. z Kolonią, Hamburgerem SV, Hannoverem 96 czy też Schalke 04 Gelsenkirchen!

Jedną z przyczyn fatalnej dyspozycji Borussii Dortmund w Bundeslidze jest z pewnością plaga kontuzji, która w ostatnich dwóch miesiącach zdziesiątkowała zespół Juergena Kloppa. Na zwolnieniach L4 przebywali lub dalej znajdują się tacy gracze jak Marco Reus, Ciro Immobile, Jakub Błaszczykowski, Nuri Sahin, Marcel Schmelzer, Ilkay Gundogan, Ji Dong-Won czy Oliver Kirch. Do tej listy doszły ostatnio jeszcze dwa nazwiska: dwaj środkowi obrońcy – Mats Hummels i Grek Sokratis (pęknięcie piszczeli), którzy będą wyłączeni z gry na około trzy tygodnie!

Innym problemem dortmundczyków jest fatalna dyspozycja defensywy. Każdemu z zawodników grających w obronie zdarzały się już koszmarne kiksy, słabe krycie rywali, braki szybkościowe, problemy z utrzymaniem koncentracji, złe ustawianie się przy rzutach rożnych czy też bardzo słaba komunikacja z bramkarzem Romanem Weidenfellerem. BVB w 11 kolejkach straciła aż 17 bramek! Wydaje się to niemożliwe, ale wczorajsza wygrana z Moenchengladbach była dopiero pierwszą dla Borussii w obecnych rozgrywkach bez straty bramki!

Cały artykuł do przeczytania w nowym serwisie sportowym Falasportu.pl.

piątek, 17 października 2014

EURO 2016. Wyjaśniamy fenomen reprezentacji Islandii - pogromcy faworytów

Reprezentacja Islandii, fot. Justin Green, Creative Commons

Kraina lodowa, ogniem ziejąca i postrach w Europie siejąca


EURO 2016. Islandia to kraj położony w Europie północnej, zamieszkiwany przez zaledwie około 300 tysięcy ludzi. Wyspa o wielkości 102 tys. km kwadratowych przez około pół roku jest pokryta śniegiem i lodem, a najwyższa średnia roczna temperatura wynosi 10 stopni Celsjusza. Wydawać by się mogło, że są to warunki, w których nie da się grać dobrze w piłkę. A jednak Islandczycy obalają ten argument. Ostatnimi swoimi występami w el. Euro 2016 zadziwiają wszystkich, ogrywając rywali, zarówno tych średnich, jak i mocarzy europejskiego futbolu. Prezentują przy tym radosną, piękną i zaawansowaną technicznie piłkę.

Reprezentacja kraju słynącego z gejzerów i wielu czynnych wulkanów po trzech meczach kwalifikacyjnych do Euro 2016 ma na koncie komplet 9 „oczek”! W pokonanym polu pozostawili kolejno reprezentacje Turcji, Łotwy i Holandii. Jakby tego było mało, to Islandczycy w żadnym spotkaniu nie stracili choćby jednego gola, a zdobyli aż osiem.

Jeszcze kilka lat temu islandzka piłka była w opłakanym stanie. Niemal każdemu rywalowi mierzącemu się z tym nordyckim krajem można było śmiało dopisać trzy punkty, czy to w ramach el. MŚ, czy też Europy. Islandia była na samym dnie i na okrągło doznawała bolesnych upokorzeń. Doskonały przykład mogą stanowić eliminacje Euro 2008, kiedy to w 12 spotkaniach uzbierali raptem 8 oczek, a dodatkowo doznali kompromitującej porażki z Lichtensteinem aż 0:3! Kolejnymi nieudanymi kwalifikacjami były te do MŚ 2010 – 5 punktów na koncie. Poprzednie eliminacje do Euro 2012 i znowu wielka klapa – tylko 4 punkty, wszystkie z Cyprem.

Impulsem do zmian w futbolu islandzkim było zatrudnienie trenera Larsa Lagerbaeckaktóry objął stanowisko selekcjonera w 2011 roku. 65-latek, wcześniej doskonale znany z dobrej pracy z reprezentacją Szwecji, wprowadził do zespołu swoje metody szkoleniowe, a także dyscyplinę, które błyskawicznie zaakceptowali wszyscy kadrowicze. Było to niczym katharsis. Niebagatelny wpływ na zespół miało też podejście trenera do każdego z zawodników, którzy zaczęli darzyć go dużym szacunkiem z wzajemnością.

Wszystko to sprawiło, że Islandia mały kroczkami zaczęła budować swoją pozycję w hierarchii europejskiej. Lagerbaeck w wywiadach podkreślał, że w przyszłości reprezentacja „Strákarnir Okkar”, co w tłumaczeniu na język polski znaczy „Nasi chłopcy”, będzie jedną z najlepszych na kontynencie europejskim. Jak widać nie rzucał słów na wiatr, bowiem ostatnie wyniki nordyckiego kraju i doskonała praca trenera z zespołem są gołym okiem widoczne na każdym polu. Ostatnie el. MŚ 2014 potwierdziły powyższą tendencję, bowiem Islandia była o włos od awansu do turnieju finałowego. Dopiero w barażach, po zaciętej walce, uległa w dwumeczu Chorwacji. W Reykjaviku padł bezbramkowy remis, a w rewanżu, zespół z Bałkanów wygrał 2:0. W samych superlatywach i z dumą o nordyckim zespole pisze Baldur Gudmundsson, islandzki dziennikarz z Reykjaviku:

„Lagerbaeck to wszystko starannie obserwuje i wie, że w ciągu kilku lat Islandia będzie miała wielu wartościowych graczy na wszystkich pozycjach”.

Cały artykuł można przeczytać na nowym portalu sportowym Fala Sportu.

wtorek, 14 października 2014

Oto 4 czynniki, które zdecydowały o tym, że Polska wygrała z Niemcami

Reprezentacja Polski udanie rozpoczęła el. Euro 2016, fot. Piotr Drabik, CC 2.0
Już dzisiaj Polacy zagrają ze Szkotami w kolejnym meczu el. Euro 2016. Wróćmy jednak na moment do historycznego sobotniego sukcesu, jakim była pierwsza w dziejach wygrana biało-czerwonych w konfrontacji z zespołem Niemiec, aktualnym mistrzem świata. Jakie czynniki zadecydowały o zwycięstwie teamu Adama Nawałki nad prowadzącym Die Mannschaft Joachimem Loewem? Przedstawiamy cztery powody.

1. Reprezentacja Polski zagrała po raz pierwszy od niepamiętnych czasów jako zwarty i solidarny zespół, który stanowił na boisku kolektyw z prawdziwego zdarzenia. Każdy z zawodników był zdyscyplinowany taktycznie i wiedział, jaką rolę miał przypisaną na boisku. Ponadto z wielkim poświęceniem i z pełnym zaangażowaniem uczestniczył w grze. Obrońcy wykazywali się konsekwencją od pierwszego gwizdka sędziego oraz, co najważniejsze, zachowali pełną koncentrację aż do samego końca meczu, nie dopuszczając do straty ani jednego gola. Twarde i skuteczne pojedynki z mistrzami świata często kończyły się blokami czy też ofiarnymi wślizgami polskich defensorów, którzy umiejętnie wybijali z rytmu niemieckich zawodników. Natomiast pomocnicy inteligentnie przerywali akcje rywali, przechwytując dużo piłek, a także stanowili łącznik z linią ataku, która okazała się być zabójczo skuteczna – bramka Milika na 1:0 i asysta Lewandowskiego przy bramce Mili na 2:0. Najmocniejszą stroną formacji ofensywnej była skuteczność, którą Polska do tej pory raczej nie imponowała. Biało-czerwoni oddali zaledwie 3 celne strzały na bramkę rywali i zdobyli dwa gole! Wykazali się więc także niebywałą precyzją pod bramką Manuela Neura.

Cały artykuł do przeczytania na nowym portalu Fala Sportu.

sobota, 11 października 2014

Zmartwychwstanie Valencii? Przedstawiamy 5 argumentów, które tłumaczą sukces klubu u progu sezonu La Liga

Piłkarze Valencii świetnie zaczęli nowy sezon Primera Division, fot.
Victor Gutierrez, CC 2.0
Ciągnące się od kilku miesięcy perypetie związane ze zmianą właściciela klubu, nieustanne roszady na stanowisku trenera (to już 7. zmiana, licząc tymczasowych szkoleniowców w ciągu 2 lat!), ogromne długi klubu wynoszące około 230 mln euro, a także brak satysfakcjonujących wyników sportowych – 8. pozycja na mecie poprzednich rozgrywek nie wróżyły Nietoperzom najlepiej przed startem nowego sezonu. Pomimo narastających problemów na różnych płaszczyznach Valencia jest jednak rewelacją początku rozgrywek La Liga i po 7. kolejkach zajmuje całkiem niespodziewanie, ale i zasłużenie pozycję wicelidera. Już tłumaczymy jak do tego doszło.

Po pierwsze, osoba nowego trenera Nuno Espirito Santo, który od razu po przyjściu na Estadio Mestalla „odcisnął swój stempel” na grze zespołu. To postać niemal anonimowa w środowisku piłkarskim. Portugalczyk przejął rozbity zespół przed początkiem nowych rozgrywek i miał za zadanie odbudować upadłe morale większości graczy, którzy chcieli jak najszybciej zapomnieć o bardzo słabym poprzednim sezonie.


Kim jest nowy szkoleniowiec Valencii?

40-latek to były bramkarz, który szkolił swego czasu golkiperów w Maladze i Panathinaikosie Ateny, pracując u boku Jesualdo Ferreiry. Jedynym klubem, który dotychczas prowadził samodzielnie było portugalskie Rio Ave. Co ciekawe z Portugalczykami w poprzednim sezonie zanotował całkiem niemały sukces, bowiem dotarł aż do dwóch finałów krajowych rozgrywek: Pucharu Portugalii oraz Ligi. Praca z zespołem Nietoperzy to jednak dużo większy rozmiar kapelusza i nie lada wyzwanie. Początek sezonu może wskazywać, że powierzenie budowy zespołu w ręce Nuno było dobrą i przemyślaną decyzją. Szkoleniowiec z Portugalii zanotował znakomity start. W pierwszych 7 meczach La Liga prowadzona przez niego Valencia nie zaznała ani razu goryczy porażki, wygrywając aż 5 razy i notując 2 wyjazdowe remisy, z zawsze groźnymi i wymagającymi rywalami – Realem Sociedad oraz Sevillą. Obecnie Nietoperze zajmują w tabela La Liga rewelacyjne 2. miejsce, tuż za plecami Barcelony.

Dobre wyniki zespołu u progu sezonu bardzo rozbudziły apetyty kierownictwa, a także kibiców, którzy z utęsknieniem czekają na powrót świetlnych lat zespołu z Estadio Mestalla (2 finały Ligi Mistrzów w sezonie 1999/2000 i 2000/01, oraz 2 mistrzostwa Hiszpanii 2001/02 i 2003/04, i zdobycie Pucharu UEFA oraz Superpucharu Europy w 2004 r.), a na pewno przynajmniej na dobrą grę za czasów Unia Emery`ego, który opuścił zespół Nietoperzy w 2012 roku. Podczas jego 4-letniej kadencji Valencia w latach 2009-12 zajmowała aż trzykrotnie miejsce na najniższym stopniu podium w Primera Division. Natomiast ostatnim trofeum w gablocie klubu jest Puchar Króla, wygrany dość dawno temu, bo w sezonie 2007/08.

Cały tekst można przeczytać na nowym portalu sportowym Fala Sportu.

środa, 24 września 2014

Defensywna moc Barcelony

Największą piętą achillesową Barcelony w sezonie 2013/14 była formacja defensywna, która popełniała często proste i karygodne błędy wynikające, czy to z niewłaściwego ustawienia, dekoncentracji czy też złego krycia. Nowy trener Katalończyków Luis Enrique od razu po przyjściu na Camp Nou zajął się poprawą tego aspektu gry w najdrobniejszych szczegółach. Z jakim skutkiem?

Hiszpański szkoleniowiec postanowił zająć się wypracowaniem skutecznego i efektywnego stylu gry obronnej. Po 4 kolejkach Primera Division wydaje się, że Hiszpan znalazł w końcu złoty środek, dzięki któremu formacja defensywna katalońskiego klubu wygląda jak monolit z prawdziwego zdarzenia, przynajmniej na tle pierwszych rywali w sezonie 2014/15.

Obrona Blaugrany nie jest pozbawiona defektów, ale fakty są takie, że w 5 oficjalnych meczach sezonu, 4 ligowych i jednym pucharowym, póki co stanowi stabilną konstrukcję złożoną z czteroosobowego bloku obrońców, którzy nie dopuścili do straty chociażby jednego gola!

Wynik ten jest najlepszym w historii dla katalońskiego klubu tuż po rozpoczęciu sezonu. Dotychczas rekordem otwarcia był sezon 1993/94, kiedy to Blaugranie udało się zachować trzy czyste konta z rzędu, a w bramce stał wtedy Antoni Zubizaretta, obecny dyrektor sportowy Barcelony.

Luisowi Enrique udało się wprowadzić spokój i porządek w linii defensywnej hiszpańskiego zespołu. Chociaż to dopiero początek sezonu i mecze z niezbyt wymagającymi rywalami, to wydaje się, że po raz pierwszy od czasów ery Guardioli, formacja obronna zaczęła stanowić monolit, trudny do przejścia oraz do strzelenia choćby jednej bramki.

Tuż przed początkiem rozgrywek każdy mógł sobie pomyśleć, że filarem obrony będzie Gerard Pique, na którym Enrique oprze budowanie formacji defensywnej. Tymczasem kataloński trener niespodziewanie odstawił reprezentanta Hiszpanii na oboczny tor, który musi się na razie zadowolić miejscem zaledwie na ławce rezerwowych.

Niespodziewanie filarem obrony i jednocześnie graczem, od którego trener Barcy rozpoczyna obecnie
Javier Mascherano (na zdj.)
doskonale współpracuje z Mathieu
w bloku obronnym, fot. Azulino, CC 2.0
ustawianie bloku defensywnego jest w tej chwili Jeremy Mathieu. 31-letni Francuz w letnim okienku transferowym został kupiony jak na swój wiek za zawrotną sumę 20 mln euro. Wielu ekspertów i kibiców było nastawionych bardzo sceptycznie do tej transakcji i wróżyło kompletną klapę. Tymczasem będący obiektem drwin i kpin tuż po przyjściu na Camp Nou, wyrósł na pierwszoplanową postać linii defensywnej. 3-krotny reprezentant Francji w duecie z Javierem Mascherano na środku obrony spisuje się rewelacyjnie. Wprowadza do zespołu spokój, a także emanuje dużą pewnością siebie, która udziela się całej formacji obronnej.

O całym bloku defensywy najlepiej świadczy fakt, że we wszystkich meczach w bieżącym sezonie rywale strzelali celnie na bramkę, strzeżoną przez praktycznie bezrobotnego Claudio Bravo zaledwie 5 razy!

Chilijczyk (kupiony z Realu Sociedad) przed rozpoczęciem sezonu typowany był na zaledwie bramkarza numer 2 w hierarchii Luisa Enrique. Swoją grę w pierwszym składzie zawdzięcza kontuzji młodego i utalentowanego Andre Ter Stegena, sprowadzonego z Borussi Moenchengladbach. Niemiec tuż po przyjściu na Camp Nou doznał urazu, który wyeliminował go z gry na kilka tygodni. Z szansy tej skorzystał Bravo, który do dzisiaj nie oddał pozycji numer jeden między słupkami katalońskiego giganta. Niemiec w oficjalnym meczu Barcelony zagrał do tej pory tylko raz, w spotkaniu LM z Apoelem i także zachował czyste konto.

Barcelona w obronie odzyskała swój styl, blask, tożsamość, a przede wszystkim spokój, czyli wartości, którymi imponowała za czasów Guardioli. Jakość gry defensywnej zostanie poddana prawdziwej próbie przede wszystkim z najlepszymi zespołami ligi hiszpańskiej madryckimi - Realem i Atletico oraz w rozgrywkach Ligi Mistrzów z mistrzem Francji PSG.

Klucz do dobrej gry w destrukcji leży w zawodnikach linii pomocy i ataku Barcy, którzy często wspomagają swoich kolegów z obrony w przerywaniu akcji rywali. Prym w tym fachu wiodą – defensywny pomocnik Sergio Busquets, skrzydłowy Pedro oraz kupiony z Sevilli Ivan Rakitić, który oprócz ofiarnej i niekiedy ostrej gry, będącej często na granicy faulu, umie znakomitym prostopadłym podaniem uruchomić napastników Barcelony. Ponadto Chorwat dysponuje znakomitym uderzeniem z dystansu, czego najlepszym dowodem jest jego premierowy gola dla Katalończyków w starcu z Levante.

Luis Enrique przychodząc do Barcelony musiał poradzić sobie ze wszystkimi problemami z zeszłego sezonu, które ciążyły nad Katalończykami. Najważniejsze z nich dotyczyły poprawy krycia i właściwego ustawiania się obrońców przy stałych fragmentach gry, po których Barca traciła bardzo dużo bramek.

Po czterech miesiącach pracy z Blaugraną wydaje się, że praca hiszpańskiego szkoleniowca nad tym elementem opłaciła się i zaczęła przynosić pierwsze owocne plony. Uwagi przekazywane i wpajane każdemu zawodnikowi z osobna, że obrona jest jednym z najważniejszych aspektów gry, że właśnie po tym poznaje się wielkość zespołu, zaskakująco szybko zaczęły przynosić wymierne efekty. Zatem misja poskładania wszystkich elementów linii defensywnej w jedną całość okazała się sukcesem Enrique na początku nowego sezonu.

Wydaje się, że główny cel, czyli wzorowa i efektywna współpraca linii obrony z pomocą działa w tej chwili bez zarzutów. Sam trener podkreśla jednak, że nie jest to jeszcze szczyt formy jego podopiecznych i mogą oni grać jeszcze lepiej. Najbardziej wymownym obrazkiem doskonałej organizacji gry jest zwrócenie uwagi na Sergio Busquetsa, który często wspomaga kolegów w destrukcji, pełniąc nawet rolę jednego z obrońców.

Takie elementy jak wzajemna asekuracja przy stałych fragmentach gry, bardziej uważne krycie rywali, a także natychmiastowy pressing całego zespołu w celu odzyskania piłki są znakami firowymi Enrique i jednocześnie walorami, które już na starcie sezonu dają przewagę nad najsilniejszymi rywalami.

Powiedzenie, ze budowę zespołu zaczyna się od obrony jest stare jak świat. Nieważne ilu dobrych zawodników ma się w drużynie w formacji ofensywnej, jakość gry zespołu powinna najpierw wyznaczać linia defensywna. Od początku minionego sezonu te hasło niczym mantrę stara się wdrażać szkoleniowiec Katalaończyków Luis Enrique. I trzeba przyznać, że robi to z całkiem dobrym skutkiem. Czy na tle silniejszych rywali będzie to wyglądało też tak okazale? Wkrótce się przekonamy.

czwartek, 31 lipca 2014

Liga Mistrzów. Legia rozbiła Celtic Glasgow!

Miroslav Radović (na zdj.) poprowadził
Legię do wygranej z Celtikiem Glasgow,
fot. Roger Gor, CC 3.0
Wielki mecz rozegrała wczoraj Legia Warszawa w 3. rundzie kwalifikacyjnej LM. Na własnym obiekcie mistrz Polski pokazał wielką dojrzałość w grze i z bagażem czterech goli odprawił mistrzów Szkocji, wygrywając ostatecznie 4:1. Rewanż 6 sierpnia w Glasgow.

Wygrana powinna być wyższa, gdyby nie nonszalancja i fatalna skuteczność kapitana zespołu Ivicy Vrdoljaka, który nie wykorzystał aż dwóch rzutów karnych! Raz fatalnie przestrzelił, a za drugim podejściem strzelił prosto w środek bramki, a jego uderzenie wybronił bramkarz „The Bhoys” Fraser Forster.

Gwiazdą meczu był Miroslav Radović, który do dwóch ładnych bramek dołożył kapitalną asystę przy golu Żyry. Rado był kreatorem gry, głównym motorem napędowym akcji Legionistów, a także to na nim spoczywał ciężar strzelania goli. Swoimi fantastycznymi dryblingami i co najmniej 3-4 kluczowymi, podaniami, otwierał swoim kolegom drogę do zdobycia kolejnych bramek. Brakowało jednak skuteczności, zwłaszcza w akcjach Michała Żyry, który sam na koncie powinien mieć co najmniej 2-3 gole.

Gra ofensywna Legii momentami wyglądała bardzo dobrze. Kombinacyjne akcje konstruowane przez Dudę czy też wspomnianego w poprzednim akapicie Radovicia były wodą na młyn dla Celticu.

Podopieczni Berga pokazali swoją ofensywną siłą i potencjał, jaki w nich drzemie, w przypadku, gdy trzeba się zmierzyć ze znacznie wyżej notowanym przeciwnikiem, który ma bardzo duże doświadczenie w rozgrywkach Ligi Mistrzów.

Pewne zastrzeżenia można mieć do gry formacji defensywnej Wojskowych, która na początku meczu dopuściła do straty bramki, która zdobył 18-letni przebojowy Callum McGregor. W kilku innych sytuacjach Legia także wykazywała się dużą niefrasobliwością przed własnym polem karnym, ale na szczęście podopiecznym norweskiego szkoleniowca Ronny Delii brakowało zimnej krwi albo na posterunku stał Dusan Kuciak.

Legia udowodniła wszystkim malkontentom, którzy po słabym początku sezonu wieszczyli jej szybkie pożegnanie się z europejskimi pucharami, że nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i jej forma z meczu na mecz ciągle idzie w górę. Podopieczni Berga powoli starają się wdrażać w trakcie meczu – z Celtikiem było to już momentami wyraźnie widoczne – automatyzmy wypracowane na treningach. Szybka kombinacyjna gra pomiędzy ofensywnym kwartetem – Dudą, Radoviciem, Kucharczykiem oraz Żyrą, a także stosowanie agresywnego pressingu to elementy, które sprawiały Szkotom dużo problemów.

Było to z pewnością najlepsze spotkanie Legii pod wodzą Berga. Rewanż w Szkocji nie będzie spacerkiem, ale zaliczka trzech bramek absolutnie nie ma prawa być zmarnowana i awans do czwartej rundy kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów jest znacznie bliższy po wczorajszej wiktorii 4:1.

Legia Warszawa – Celtic Glasgow 4:1 (2:1)

Bramki: Radović (10., 36.), Żyro (84.), Kosecki (90.) – McGregor (8.)

Składy:

Legia: Kuciak; Brzyski, Astiz, Rzeźniczak, Broź; Vrdoljak, Jodłowiec; Kucharczyk (Kosecki (75.), Duda, Żyro (Saganowski (87.); Radović

Celtic: Forster; Matthews, Ambrose, Van Dijk, Lustig; Johansen, Mulgrew; McGregor, Commons ( Griffiths (75.), Berget (Izaguirre (63.), Pukki (Kayal 46.)

Artykuł został także opublikowany na portalu neomedia.info.


czwartek, 10 lipca 2014

MŚ 2014. Sergio Romero daje Argentynie awans do finału

Sergio Romero (na zdj.) był ojcem awansu
Argentyny do finału MŚ 2014 w Brazylii,
fot. Ludovic Peron, CC 3.0
Reprezentacja Argentyny po dramatycznym konkursie rzutów karnych, wyeliminowała Holandię (po dogrywce był wynik bezbramkowy) i w finale piłkarskich MŚ zmierzy się z Niemcami. Takie zestawienie będzie powtórką z Mundiali w latach 1986 i 1990, kiedy obie drużyny zdobywały swoje ostatnie tytuły najlepszych zespołów globu.

Bohaterem wczorajszego meczu toczonego w bardzo sennej atmosferze i z małą liczbą sytuacji podbramkowych, był golkiper Albicelestes Sergio Romero (na co dzień tylko rezerwowy w AS Monaco), który w serii rzutów karnych popisał się dwoma kapitalnymi paradami przy strzałach Rona Vlaara oraz Wesleya Sneijdera.

Zawodnicy obu zespołów dzień wcześniej prawdopodobnie dokładnie oglądali mecz Brazylii z Niemcami i szybko wyciągnęli wnioski z katastrofalnej dyspozycji defensywy Canarinhos. Na boisku, zarówno Alejandro Sabella, jak i Louis Van Gaal ustawili swoje zespoły bardzo asekuracyjnie z położeniem największego nacisku na zabezpieczenie tyłów. Większą inicjatywę do gry przejawiała kadra Albicelestes, jednak sytuacji podbramkowych było jak na lekarstwo.

Formacje obronne obu reprezentacji grały bezbłędnie, nie dopuszczając do przedarcia się we własne pole karne. Praktycznie wyłączeni z gry były najwięksi gwiazdorzy obu ekip, a więc Arjen Robben oraz Leo Messi, których ataki były perfekcyjnie rozbijane przez obrońców. W obozie Oranje na największe pochwały zasłużył Ron Vlaar, który grał ofiarnie, z niezwykłym poświęceniem, a jego wślizgi przerywające ataki Argentyńczyków były popisem gry w defensywie. Holenderski stoper dopiero w serii rzutów karnych nie wytrzymał ciśnienia i jego strzał obronił bramkarz Argentyny Sergio Romero.

Natomiast po stronie Albicelestes najbardziej wyróżniał się z Javier Mascherano, który czyścił przedpole bramkowe swojego zespołu w sposób opanowany i zdecydowany. Nie pozwalał na rozwinięcie skrzydeł holenderskim zawodnikom, choćby na ułamek sekundy.

Sam mecz nie był wielkim widowiskiem. Było w nim dużo twardej i męskiej walki, zwłaszcza w środkowej strefie boiska, natomiast brakowało płynnych i składnych akcji. Dla obu trenerów najważniejsze było nie stracić żadnego gola, stąd też Argentyna i Holandia były bardziej nastawione na bronienie niż atakowanie bramki przeciwnika. Seria rzutów karnych była najbardziej emocjonującym fragmentem spotkania, która nieco osłodziła czas 120 minut gry na stadionie stadionie w Sao Paulo. Ostatecznie Argentyńczycy nie pomylili się przy strzałach z jedenastu metrów ani razu i pewnie wygrali w nich 4:2.

Kto wie, jakby potoczyła się rywalizacja w rzutach karnych, gdyby Louis van Gaal ponownie zastosował manewr z wprowadzeniem na nią rezerwowego golkipera Tima Krula, który był bohaterem w poprzedniej rundzie z Kostaryką. Wcześniej holenderski trener wykorzystał jednak limit trzech zmian i nie miał już takiej możliwości.

W wielkim finale MŚ Argentyna spotka się w niedzielę z Niemcami. Natomiast Holandia zagra w sobotę o brąz Mundialu z gospodarzami imprezy Brazylijczykami, którzy z pewnością zrobią wszystko, aby chociaż częściowo odkupić swoje winy po blamażu w półfinale podopiecznymi Joachima Loewa.

Holandia – Argentyna 0:0, rzuty karne 2:4

Składy:

Holandia: Cillessen, Kuyt, Vlaar, de Vrij, Indi (Daryl Janmaat 46.), Blind, Wijnaldum, Sneijder, de Jong (Jordy Clasie 62.), Robben, van Persie (Klaas-Jan Huntelaar 96.)

Argentyna: Romero, Rojo, Garay, Demichelis, Zabaleta, Perez (Rodrigo Palacio 81.), Mascherano, Biglia, Higuain (Sergio Aguero 82.), Messi, Lavezzi (Maxi Rodriguez 100.)

Artykuł został opublikowany na portalu neomedia.info.

środa, 9 lipca 2014

MŚ 2014. Szokująca porażka Brazylii z Niemcami traumą do końca życia

Niemcy idą po złoty medal MŚ, pierwszy od 1990 roku.
Czy im się to uda?, fot. Steindy, CC 3.0
W pierwszym półfinale piłkarskiego mundialu Brazylijczycy zostali rozstrzelani przez Niemców w sensacyjnych rozmiarach aż 1:7, ponosząc najwyższą porażkę w swojej historii! Dramat, lament, szok, wstrząs, hektolitry wylanych łez oraz gniew w Belo Horizonte towarzyszył wczoraj całemu narodowi 200 milionowego państwa, organizującego po raz drugi w historii turniej finałowy MŚ.

Brazylijscy zawodnicy grający w czołowych i często topowych europejskich klubach, zarabiający krocie, wyglądali na tle Niemiec, jak drużyna z okręgówki, która po raz pierwszy spotyka się ze sobą na murawie i wychodzi na mecz. Niemcy bez żadnych skrupułów, w sposób bezlitosny, wypunktowali Canarinhos niczym wytrawny bokser. Po raz kolejny okazało się, że piłka nożna nie dość, że jest sportem pięknym, to jeszcze szalenie nieprzewidywalnym, w którym może zdarzyć się dosłownie wszystko.

Brazylijczycy nie mieli żadnych argumentów i szans w walce z niemiecką maszyną kierowaną przez Joachima Loewa. Nawet, gdy po pierwszej połowie rezultat na tablicy był 5:0 na korzyść „Die Mannschaft”, to w drugiej części gry niemieccy piłkarze wcale nie odpuścili, tylko z uporem maniaka dążyli do strzelenia kolejnych bramek. Udało im się jeszcze dwa razy pokonać (trafienia rezerwowego Andrei Schuerrle) Julio Cesara, który prawdopodobnie ponosi najmniejszą winę za druzgocącą porażkę i jednocześnie najwyższą w historii piłkarskiej reprezentacji Brazylii.

„Canarinhos” zostali dotkliwie upokorzeni i zawiedli cały naród liczący 200 mln osób. Klęska w meczu z Niemcami prawdopodobnie będzie mieć znacznie poważniejsze konsekwencje. Porażka w stosunku 1:7 może być traumą dla wszystkich piłkarzy reprezentacji Brazylii na całe życie, z której będzie im się bardzo ciężko otrząsnąć. Jedynymi dwoma graczami, którzy nie uczestniczyli w tym blamażu była dwójka filarów, kontuzjowany Neymar oraz pauzujący za żółte kartki Thiago Silva.

Wydaje się, że brazylijska katastrofa nie mogłaby się wydarzyć, gdyby nie zbyt odważna i otwarta taktyka nastawiona na ofensywę, którą przygotował Luis Felipe Scolari. Pierwsze minuty spotkania, około 9 minut wyglądało całkiem przyzwoicie dla gospodarza imprezy.

Początek katastrofy zaczął się w 11. minucie, kiedy Thomas Mueller (5 gol w turnieju) otworzył wynik meczu. Koncertowa gra Niemców między 23, a 29. minutą była koszmarem dla Brazylii. W ciągu zaledwie tych 6 minut ekipa Loewa rozstrzelała Brazylijczyków, zadając aż cztery ciosy! Trafiali kolejno Klose, dzięki czemu stał się najlepszym strzelcem w historii MŚ z dorobkiem 16 goli, dwa razy Toni Kros oraz raz Sami Khedira. Dzieła zniszczenia Brazylijczyków dokończył Andrea Schuerrle, który w drugiej połowie ustrzelił dublet. Bramkę honorową, na otarcie łez dla Brazylijczyków zdobył Oscar.

Porażka Brazylii z Niemcami w szokujących rozmiarach wpisze się na stałe w annały historii futbolu i zostanie zapamiętana do końca życia przez cały brazylijski naród. Każdemu z zawodników „Canarinhos” będzie niezwykle ciężko wymazać tak bolesną porażkę ze swojego CV. Wydaje się także, że ceny za piłkarzy Scolariego zjadą mocno w dół, a jedni z głównych winowajców tej porażki, czyli David Luiz (w trakcie mundialu przeszedł z Chelsea do PSG za 50 mln euro, co zakrawa w tej chwili na kpinę) oraz Dante (dywersant z Bayernu, który w dziecinny sposób po karygodnych błędach ułatwił swoim klubowym kolegom strzelanie bramki za bramką), a także pozostali piłkarze na czele z wrogiem narodowym – napastnikiem Fredem, będą mieć już w świadomości klęskę w półfinale MŚ 2014 na zawsze.

Brazylia – Niemcy 1:7 (0:5)

Bramki:
Oskar (90.) - Thomas Mueller (11.), Miroslav Klose (23.), Toni Kroos (25.), Toni Kroos (26.), Sami Khedira (29.), Andre Schuerrle (69.), Andre Schuerrle (79.)

Brazylia: Cesar, Maicon, Luiz, Dante, Marcelo, Fernandinho (Jose Paulo Beserra Paulinho 46.), Gustavo, Bernard, Oscar, Hulk (Santos do Nascimento Ramires 46.), Fred (Borges da Silva Willian 70.)

Niemcy: Neuer, Hoewedes, Boateng, Hummels (Per Mertesacker 46.), Lahm, Khedira (Julian Draxler 76.), Kroos, Oezil, Schweinsteiger, Mueller, Klose (Andre Schuerrle 58.)


Artykuł został opublikowany na portalu neomedia.info.

sobota, 28 czerwca 2014

MŚ 2014. Która gwiazda świeciła najjaśniej podczas fazy grupowej?

James Rodriguez (na zdj.)
to największa gwiazda
reprezentacji Kolumbii,
fot. Copa2014.gov.br, CC 3.0
MŚ 2014 powoli zaczynają wkraczać w fazę pucharową. Głównym postaciami mundialu w Brazylii są piłkarze. Wielu z nich swoją dobrą grą na turnieju może się wypromować, dzięki czemu wzbudzi zainteresowanie wielu mocnych europejskich klubów. Którzy zawodnicy spośród wszystkich graczy biegających na murawach stadionów w Brazylii najbardziej wzmocnili swoją markę i świecą w swoich reprezentacjach pełnym blaskiem, będąc ich prawdziwymi liderami w zakończonej fazie grupowej?

Poniżej przedstawiam listę, składającą się z 6 wybranych zawodników, którzy moim zdaniem robią prawdziwą furorę podczas mundialu w Brazylii.

1. James Rodriguez

Wokół skrzydłowego AS Monaco kręci się cała gra reprezentacji Kolumbii, która jest jedną z największych rewelacji całego turnieju. Jego wkład w wyniki reprezentacji z Ameryki Południowej mającej już awans do 1/8 finału jest nieoceniony. Wystarczy chociażby spojrzeć na statystyki Rodrigueza na mundialu w Brazylii. W 3 meczach grupowych zaliczył aż 3 bramki i 2 asysty!

2. Leo Messi

Argentyńczyk po przeciętnym, jak na niego sezonie ligowym w barwach Barcelony długo nie mógł znaleźć swojej optymalnej formy. 27-latek na mundialu w Brazylii świeci pełnym blaskiem, a świeżość i radość ze strzelania goli są gołym okiem widoczne. Praktycznie w pojedynkę ciągnie grę swojej reprezentacji, bez jakiegokolwiek wsparcia pozostałych graczy Albicelestes. Najpierw strzelił gola Bośni i Hercegowinie, następnie dorzucił trafienie, na wagę trzech punktów w meczu z Iranem oraz na koniec zmagań grupowych zdobył dwie ładne bramki w wygranym spotkaniu z Nigerią 3:2. Atomowa Pchła ma już na koncie 4 gole i jest liderem strzelców całego turnieju MŚ.

3. Neymar

Gwieździe Barcelony dorównuje inny zawodnik tego katalońskiego klubu – Neymar. Gra Brazylii jest bardzo uzależniona od 22-latka. Ze swojej roli i strzelania bramek wywiązuje się znakomicie. W całym turnieju strzelił już 4 gole – dwa po indywidualnych akcjach, jedną z karnego i jedną po dokładnym podaniu kolegi. Neymar toczy z Messim korespondencyjny pojedynek o koronę króla strzelców MŚ.

4. Arjen Robben

Nie byłoby awansu Holandii do fazy pucharowej, gdyby nie 30-letni pomocnik. To na jego barkach spoczywa ciężar zdobywania goli i kreowania sytuacji bramkowych dla Oranje. 30-latek w 3 meczach zdobył już 3 bramki, a jakby było mało to dorzucił do tego także jedną asystę. Jego imponujące rajdy na pełnej szybkości z piłką przy nodze i niesamowite dryblingi wzbogacone o doskonałe umiejętności techniczne, przy których ośmieszał swoich przeciwników, najpierw Hiszpanów, a następnie Australijczyków i Chilijczyków są ozdobą brazylijskiego mundialu.

5. Guillermo Ochoa

W kadrze Meksyku jest już na trzecich MŚ. Na dwóch poprzednich turniejach nie zagrał jednak choćby minuty, przesiadując całe mistrzostwa na ławce rezerwowych. W Brazylii w końcu doczekał się swojej szansy i póki co wykorzystuje ją w najlepszy z możliwych sposobów. Jest jednym z ojców awansu ekipy „El Tri” do fazy pucharowej. Niemal w pojedynkę zatrzymał Brazylię, nie dał się także pokonać w meczu z Kamerunem. Pierwszą bramkę puścił dopiero w spotkaniu z Chorwacją. Po mundialu 29-letni bramkarz będzie łakomym kąskiem na letnim rynku transferowym, ponieważ tylko do końca czerwca ma ważny kontrakt z francuskim zespołem Ajaccio.

6. Thomas Mueller

Jego nazwisko zobowiązuje – patrz Gerd Mueller – były kat polskiej reprezentacji. Jego młodszy rodak ma niebywałą smykałkę i łatwość strzelania bramek. Nawiązania do legendarnego napastnika są jak najbardziej na miejscu, ponieważ dokładnie tak samo jak Gerd, Thomas posiada niesamowity instynkt strzelecki i spryt pod bramką rywali. Praktycznie każdą sytuację zamienia na gola. Niemcy mówią o nim „maszynka do strzelania goli”. W trwającym turnieju ma już 4 gole, tyle samo co Messi i Neymar i wcale nie ma zamiaru na tym poprzestać.

Czy faza pucharowa MŚ wykreuje nam kolejne nazwiska graczy, którzy dołączą do opisanego powyżej zaszczytnego grona?

Artykuł został opublikowany na neomedia.info

poniedziałek, 23 czerwca 2014

MŚ 2014 na półmetku. Kto najbardziej oczarował, a kto zawiódł?

Mina Vicente Del Bosque (na zdj.) zdaje się mówić wszystko
o występie Hiszpanii na MŚ w Brazylii, fot. Steindy, CC 3.0
Mundial 2014 w Brazylii dobrnął właśnie do połowy rozgrywek. Do rozegrania zostały jeszcze 32 mecze. Kto w pierwszych dwóch kolejkach fazy grupowej najbardziej oczarował, a kto najbardziej zawiódł? Poniżej przedstawiamy subiektywny ranking, naszym zdaniem po trzech największych rewelacji i rozczarowań trwających MŚ.

Największe objawienia:

1. Kostaryka
Reprezentacja z Ameryki Środkowej trafiła do grupy D z 3 mistrzami świata – Włochami, Anglią i Urugwajem. Nikt nie postawiłby złamanego grosza na podopiecznych Jorge Luisa Pinto w przypadku wyjścia z „grupy śmierci”. Tymczasem Kostarykanie zaszokowali świat swoją świetną grą. Największymi atutami tego malutkiego kraju położonego nad Oceanem Spokojnym są: szybkie kontrataki, znakomite przygotowanie fizyczne, dobra technika użytkowa, a także solidna defensywa na czele z Juniorem Diadem. W ataku prym wiedzie Joel Campbell, zawodnik Arsenalu Londyn wypożyczony obecnie do greckiego Olimpiakosu. Kostaryka sprawiła już dwie wielkie sensacje. Najpierw rozprawiła się z Urugwajem (wygrana 3:1), a następnie pokonała Włochy (1:0). Po dwóch meczach ma na koncie komplet oczek i jest pewna wyjścia z grupy do 1/8 finału.

2. Chile
Ekipa z Ameryka Południowej doskonale radzi sobie w grupie z Australią, Hiszpanią i Holandią. Na rozkładzie ma już dwie pierwsze reprezentacje. Z „Socceroos” wygrali 3:1, natomiast „La Roja” pokonali 2:0. Podopieczni Jorge Sampaolego o pierwsze miejsce w grupie powalczą z Holandią. Mocną stroną zespołu Chile jest atak w osobach Alexisa Sancheza oraz Eduardo Vargasa, którzy na trwającym mundialu zdobyli już po jednej bramce. Przy tym solidny bramkarz mający wsparcie piątki solidnych obrońców oraz niezwykle kreatywny ArturoVidal gwarantują jakość.

3. Kolumbia
Kolejny przedstawiciel kontynentu południowo-amerykańskiego. Ekipa Jose Pekermana przed turniejem była stawiana w roli czarnego konia. Jak na razie potrafi sprostać tej roli, bowiem odniosła już dwie wygrane. Po pewnym ograniu w pierwszym meczu Grecji (3:0), w kolejnym zespół Kolumbii rozprawił się z Wybrzeżem Kości Słoniowej (2:1). Prym w zespole Pekermana wiodą dwaj pomocnicy – Juan Cuadrado – autor aż 3 asyst i James Rodriguez – strzelec 2 bramek. Po dwóch meczach Kolumbijczycy są pewni awansu do fazy pucharowej.

Największe rozczarowania:

1. Hiszpania 
Aktualni Mistrzowie Świata już po dwóch meczach mogą się pakować i jechać do domu. Ostatni mecz „La Roja” z zespołem Australii będzie tylko potyczką o honorowe pożegnanie się z mundialem. Największą bolączką zespołu prowadzonego przez Vicente Del Bosuque była skuteczność, słaba gra linii defensywnej, a także naturalizowanego Brazylijczyka Diego Costy. Postawienie na napastnika Atletico Madryt było jednym wielkim nieporozumieniem. Z kolei w bramce zawiódł golkiper Realu Madryt Iker Casillas, który w dwóch meczach puścił aż 7 bramek, czyli więcej niż na… 3 poprzednich wielkich imprezach razem wziętych.

2. Anglia
Po raz kolejny zawiedli oczekiwania swoich sympatyków Synowie Albionu. Reprezentacja będącą kolebką piłki nożnej poległa najpierw starciu z Włochami 1:2 w piekielnym klimacie amazońskiej dżungli – w Manaus. Następnie nie poradziła sobie z Urugwajem, także 1:2. Katem Anglików okazał się gracz Liverpoolu – Luis Suarez, który dwukrotnie znalazł sposób na upokorzenie swoich klubowych kolegów. W podstawowej jedenastce Roya Hodgsona miało miejsce aż 5 graczy, grających na co dzień na Anfield Road. Wielkim przegranym mundialu jest Wayne Rooney, który zdobył swojego premierowego, lecz tylko honorowego gola na MŚ w konfrontacji z Urusami.


3. Bośnia i Hercegowina
Typowana na rewelację turnieju ekipa z Bałkanów zawiodła na całej linii i już po dwóch spotkaniach odpadła z MŚ. Po przegranej w pierwszym meczu z Argentyną 1:2, zwycięstwo w kolejnym spotkaniu z Nigerią wydawało się być formalnością. Tymczasem podopieczni Safeta Susicia po słabej grze ulegli Super Orłom 0:1. Jedynym usprawiedliwieniem bezbarwnego występu na mundialu w Brazylii jest rola debiutanta i brak doświadczenia, a także poniekąd sędziowie. W meczu z Nigerią arbiter nie uznał prawidłowego gola dla Bośniaków przy stanie 0:0.

Artykuł został opublikowany w portalu neomedia.info