sobota, 31 października 2015

Cięzkie życie Davida Moyesa w Realu Sociedad

Poddawany nieustannej presji David Moyes nie ma łatwego życia zasiadając na ławce Basków z San Sebastián. Prowadzona przez Szkota ekipa Realu Sociedad bardzo słabo spisuje się w rozgrywkach Primera Division, zajmując dopiero 15. miejsce, z dorobkiem zaledwie dziewięciu oczek ugranych w dziewięciu kolejkach. Czy przygoda 52-letniego Brytyjczyka z drużyną z Estadio Anoeta powoli dobiega końca?


Real Sociedad odniósł dotychczas tylko dwa zwycięstwa w La Liga. W poprzedniej serii gier przełamał niechlubną serię trzech meczów z rzędu bez zwycięstwa, odnosząc efektowną wygraną 4:0 w wyjazdowej potyczce z outsiderem rozgrywek, drużyną Levante. Wynik ten nie poprawił jednak ani trochę napiętej sytuacji Moyesa w ekipie Biało-Niebieskich.

Wydaje się to nieprawdopodobne, ale Szkot prowadząc Sociedad nie zdołał jeszcze w obecnym sezonie ani razu wygrać meczu na własnym obiekcie, Estadio Enoeta! Dla zarządu baskijskiego klubu stanowi to powód do zmartwienia, a także stawia pod wielkim znakiem zapytania dalszą pracę Moyesa w San Sebastián.

W brytyjskiej prasie niemal codziennie pojawiają się informacje łączące Szkota z powrotem na Wyspy. 52-latka wymienia się jako głównego kandydata na trenera Aston Villi, która fatalnie spisuje się w Premier League.
Moyes nie przejmuje się tymi spekulacjami i twierdzi, że nie zamierza opuszczać słonecznej Hiszpanii.
Właśnie mija niespełna 365 dni, odkąd Moyes przejął Real Sociedad (rozpoczął pracę w listopadzie 2014r. – przyp. red.). W swoim debiucie zremisował 0:0 w wyjazdowym starciu z Deportivo La Coruña. W następnych meczach, które mogły przyprawić kibiców o niemały ból głowy i zgrzyt zębów, nie było wcale lepiej. W jedenastu kolejnych seriach La Liga Sociedad uciułał ledwie… 14 punktów (tylko 3 zwycięstwa!). Nad brytyjskim trenerem zaczęły się zbierać czarne chmury. Jedynym wartościowym wynikiem, który umocnił pozycję Moyesa w San Sebastian, była sensacyjna wygrana z Barceloną 1:0. Euforia trwała jednak tylko chwilę, a później wszystko wróciło do normy. Były szkoleniowiec Evertonu i Manchesteru United ostatecznie zakończył poprzedni sezon z Txuriurdin (przydomek Realu Sociedad w języku baskijskim, oznaczający tyle, co Biało-Niebiescy – przyp. red) na bardzo słabym 12. miejscu w Primera Division, ale utrzymał stołek w ekipie Basków.

Kierownictwo klubu z Estadio Anoeta oraz wymagający kibice liczyli, że z Moyesem na ławce w nowym sezonie Real Sociedad zacznie grać na miarę swoich możliwości, a także odzyska utracony blask, sprawiając, że bardzo nieudane poprzednie rozgrywki odejdą szybko w zapomnienie.

Wobec braku jakiejkolwiek aktywności w zimie, Moyes postanowił w letnim okienku transferowym wzmocnić skład zespołu. Z Realu Madryt powrócił syn marnotrawny, były piłkarz Txuriurdin – Asier Illaramendi (15 mln €). W formacji ataku dokonano bardzo ciekawego zakupu. Na Estadio Anoeta zameldował się Jonathas (14 goli w sezonie 2014/15), jedno z odkryć poprzednich rozgrywek. Brazylijczyk został wykupiony z Elche za 7,2 mln €.

Szkot był bardzo zadowolony z powrotu na stare śmieci Illaramendiego, który w Realu Madryt przez 2 lata nie wywalczył sobie miejsca w pierwszej jedenastce i nie potrafił w tym czasie rozwinąć skrzydeł. Moyes kilkanaście dni temu komplementował defensywnego pomocnika za występ w przegranym meczu z Espanyolem (2:3), mówiąc o nim, że był „najlepszym piłkarzem na placu gry”.
 W zasadzie były to jedyne warte uwagi wzmocnienie składu. Wszystko przez specyficzną politykę klubu, którą na łamach SkySports starał się wytłumaczyć dziennikarz Steve Round:

- Myślę, że Sociedad nie sprowadza do końca tych graczy, których by chciał. Jest to bardzo trudne, ponieważ La Real ma swoją filozofię zatrudniania, która pozwala na sprowadzanie wielu graczy pochodzących z poza baskijskiego regionu. Zatem było to bardzo ciężkie lato dla Moyesa, aby przyciągnąć piłkarzy, których sam by chciał mieć. Obecnie jest trenerem, który patrzy cały czas do przodu.

Moyes chciał w błyskawicznym tempie wprowadzić do drużyny Sociedad elementy, które funkcjonowały z dobrym skutkiem podczas jego długiej, bo trwającej aż 11 lat i niezwykle udanej, kadencji za sterami angielskiego Evertonu. Granie długich piłek do napastników, a także dość nisko ustawiony blok defensywny, zdawały egzamin na Wyspach, jednak w Hiszpanii te metody nie są już tak skuteczne.

Klubu z San Sebastián w tej chwili nie przypomina zupełnie ekipy, która miałaby swój wypracowany styl i mogła skutecznie rywalizować o punkty w Primera Division. Moyes stara się ratować sytuację, jak tylko może, ale jego metody pracy są kompletnie nieefektywne i nie przynoszą zespołowi żadnych korzyści. Ponadto, jego pozycja z każdym kolejnym meczem jest coraz słabsza. Wydaje się, że problemy, z którymi musi się mierzyć Szkot, mogą mieć podstawy znacznie głębsze. Wszystko sprowadza się do tego, że ekipie Basków brakuje charakteru, pewności siebie oraz zaangażowania. Ważnym aspektem jest także wzajemne zaufanie, którego w klubie z Estadio Anoeta trudno się doszukać między Szkotem, a zawodnikami. Zawodzą również piłkarze sprowadzeni w letnim okienku. Asier Illaramendi nie potrafi nawiązać do swojej dobrej formy sprzed dwóch lat, natomiast Jonathas jest cieniem samego siebie i jednocześnie największym rozczarowaniem ligi hiszpańskiej. Dodatkowo może irytować jego zachowanie, gdy po jedynym do tej pory strzelonym golu, gestykulował wyraźnie w stronę Moyesa. Całą akcję z tej sytuacji możecie zobaczyć poniżej (od 6:05 min.):


Ponadto, gwiazdy zespołu, których na Estadio Enoeta nie brakuje, zawodzą i nie pomagają drużynie ani trochę. Środkowy obrońca Carlos Martínez jest cały czas kontuzjowany. Z kolei napastnik Carlos Vela znajduje się w ostatnich tygodniach w bardzo słabej dyspozycji. W meczu z Levante zdobył dopiero swoje premierowe dwa gole. Jedynym piłkarzem w zespole Txuriurdin, do którego nie można mieć w tej chwili żadnych zastrzeżeń, jest Imanol Agirretxe. Bask ma na koncie aż 6 trafień i zajmuje wysoką pozycję w klasyfikacji strzelców Primera Division.

Analizując słabą formę i grę ekipy z Donostii, należy zwrócić szczególną uwagę na statystyki, które są nieubłagane i zmuszają do wyciągnięcia pewnych wniosków. Otóż La Real oddaje w jednym meczu średnio zaledwie 11,7 strzałów (12. rezultat w lidze), co ma przełożenie na bardzo mizerną skuteczność i liczbę trafień w przekroju całego sezonu. W 9. kolejkach Txuriurdin zdobyli tylko 10 goli. Wynik ten daje im 15. miejsce spośród wszystkich klubów La Liga. Ponadto, bardzo blado wyglądają także statystyki Moyesa, odkąd pojawił się na Estadio Anoeta. Szkot wygrał raptem 28,57 % meczów, przy 1,09 golu strzelanym średnio na mecz oraz 1,23 punkcie zdobywanym na spotkanie!

Kontynuując wątek Moyesa należy także podkreślić, że nie najlepiej wyglądają jego relacje z fanami zasiadającymi na Anoeta. Aż trudno sobie to wyobrazić, ale Szkot dopiero po jedenastu (!) miesiącach pracy w San Sebastián wyprowadził się z ekskluzywnego hotelu Maria Cristina i zamieszkał w luksusowym, ale co najważniejsze – własnym apartamencie. Kolejną kwestią wartą poruszenia jest nieznajomość języka, która stanowi barierę między nim, a piłkarzami i zarządem. Moyes nie robi żadnych postępów w tej materii i nie potrafi nawet powiedzieć paru prostych słów po hiszpańsku. Ciekawostkę może stanowić fakt, że szkockiemu trenerowi korepetycji z hiszpańskiego udziela człowiek, który jest na co dzień fanem Manchesteru United. Moyes w rozmowie z jednym z dziennikarzy dla ESPN FC odniósł się do nauki języka:

- Potrzebuję lekcji hiszpańskiego. Rozumiem trochę teraz. Billy (przyp. red – asystent trenera McKinlay) robi większe postępy niż ja, ale także ma dużo do nauki. Ja studiuję również podstawy baskijskiego, które są dla mnie bardzo ważne.

52-latek jest z natury osobą niezwykle skrytą dla mediów i ludzie nie darzą go zbytnią sympatią w Hiszpanii. Rzadko przemawia publicznie, z wyjątkiem konferencji prasowych, stroni od imprez sportowych, dba tylko o siebie i utrzymuje duży dystans w relacjach międzyludzkich.

Po przegranym meczu z Atletico Madryt (0:2) posada Moyesa zawisła na włosku. Fani Realu Sociedad, żywiołowo dopingujący ekipę Basków, dali upust swoim emocjom, wykrzykując w kierunku szkockiego trenera słowa „Moyes go home!” (z ang. „Moyes do domu!” – przyp. red.), aby Szkot mógł lepiej zrozumieć przekaz kibiców.
Irytować może także fakt, że Szkot nie jest w stosunku do siebie osobą krytyczną. Zawsze zrzuca winę na coś albo kogoś innego. Po przegranym meczu z Atletico zasłaniał się wymówkami i szukał usprawiedliwienia w braku szczęścia czy też otrzymaniu przez Basków dwóch czerwonych kartek. Hiszpański dziennik sportowy AS, jeszcze przed konfrontacją Txuriurdin z Rojiblancos, grzmiał, pisząc:

 - Zarówno czas, jak i kredyt zaufania do Szkota kurczy się coraz bardziej. Mr Moyes, to jest mecz o przyszłość.

Po starciu z ekipą Simeone głosy domagające się zwolnienia Moyesa były słyszalne w prasie hiszpańskiej jeszcze bardziej:

- Koniec z wymówkami, koniec z mówieniem o braku szczęścia.

Real Sociedad ze względu na szacunek, historię i osiągane wyniki (dwukrotny mistrz Hiszpanii) nie zasługuje absolutnie na to, aby błąkać sie w okolicach strefy spadkowej. Mało tego, potencjał Basków i ich ambicje sięgają znacznie wyżej – gry w europejskich pucharach, która przecież nie jest wcale tak odległym wspomnieniem. Ostatnim razem, kiedy zespól z Donostii pokazywał się na arenie międzynarodowej, był poprzedni sezon 14/15, zakończony kompletną klapą i wyeliminowaniem z fazy play-off Ligi Europy przez rosyjski Krasnodar (0:0 i 0:3, jeszcze za kadencji Jagoby Arrasate).

Moyes stara się ratować swoją twarz, jak tylko może i podkreśla, że kontrakt z Baskami obowiązuje go do 30 czerwca 2016 roku. Ponadto, cały czas ma ciągłe poparcie zarządu klubu, z prezesem Jokin’em Aperribay’em na czele. Jednak trudno sobie wyobrazić, aby utrzymał posadę do końca ligowego sezonu. Jeśli Moyes nie chce zostać zwolnionym, musi jak najszybciej znaleźć wyjście z tej ciężkiej sytuacji i poprawić wyniki Basków, którym powoli zaczyna zaglądać w oczy najczarniejszy scenariusz – widmo spadku.

Dzień sądu dla Moyesa i rozliczenia jego pracy zdaje się zbliżać nieubłaganie. Według mnie to tylko kwestia czasu, kiedy były trener MU będzie musiał spakować się i opuścić słoneczną Hiszpanię. Prawdę mówiąc, swoimi wynikami, a także postawą, solidnie sobie na to zapracował. W ciągu ostatnich dwóch lat Moyes popadł w przeciętniactwo, jeśli nie w mizerię. Pogrążony w maraźmie i bezradności 52-latek wykorzystał i tak bardzo duży kredyt zaufania od włodarzy Sociedad, ale nie sprostał sytuacji, w jakiej się znalazł. Nie ma w tej chwili żadnego pomysłu na zespół z Estadio Anoeta. Wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem dla Szkota byłby w tej chwili powrót do Anglii. Na Wyspach mógłby np. w takim klubie, jak grająca znacznie poniżej oczekiwań Aston Villa, poprawić nadszarpnięty wizerunek i zacząć powoli odbudowywać swoją pozycję.

Artykuł został także opublikowany na portalu Nasz Futbol.com

środa, 28 października 2015

Celta Vigo depcze potentatom po piętach

Jednym z najbardziej widowiskowo i porywająco grających zespołów w bieżącym sezonie Primera Division jest Celta Vigo, która prezentuje futbol niezwykle dojrzały, wyrafinowany oraz zabójczo skuteczny. Ekipa z Estadio Balaídos, zbudowana za niewielkie pieniądze z piłkarzy niechcianych w innych klubach, robi furorę w lidze hiszpańskiej.


Podopieczni Eduardo Berizzo po 9. kolejkach znajdują się na rewelacyjnym czwartym miejscu w tabeli La Liga. Na rozkładzie mają już takie firmy, jak Barcelona, Sevilla czy też Villarreal. Postawa Celty Vigo jest największą pozytywną niespodzianką sezonu ligowego w Hiszpanii. Na czym polega zatem fenomen zespołu z Galicji?

Bardzo często ekipy, które wyrastają na rewelacje w swoich ligach, zaczynają budowanie drużyny od formacji obronnej, a w meczach stosują defensywną taktykę. Jednak ten przypadek ani trochę nie odnosi się do Celty, która jest absolutnym zaprzeczeniem takiego stanu rzeczy i stawia na piłkę ofensywną, pełną polotu i świeżości.

Pomimo ograniczonych środków finansowych, a także płac przeznaczanych na utrzymanie zawodników (zaledwie 44% przychodów), które – powiedzmy sobie szczerze – plasują Celtę na odległym, 15. miejscu spośród wszystkich zespołów La Ligi, ekipa ta jest ewenementem w skali Europy, klubem, dla którego najważniejsze jest atakowanie bramki rywala w każdym meczu. Los Celtiñas mają swoją definicję futbolu, który zawiera w sobie to, co najlepsze, czyli brawurowo przeprowadzane kontrataki z wykorzystaniem dynamicznych skrzydłowych: lewego – Nolito i prawego – Fabiána Orellany (3 gole i 2 ostatnie podania), a także najbardziej wysuniętego piłkarza – Iago Aspasa (4 trafienia i 1 asysta), który powrócił do drużyny z Galicji po nieudanych okresach, najpierw w Liverpoolu, a następnie Sevilli.

Eudardo Berizzo stworzył na Estadio Balaídos drużynę złożoną z piłkarzy, którzy nie byli w stanie przebić się do podstawowych jedenastek poprzednich zespołów albo na dobre ugrzęźli w ich rezerwach. Przykłady? Proszę bardzo. Obrońcy Andreu Fontàs, Sergi Gómez i Carles Planas to wychowankowie Barcelony. Wymienieni gracze stanowią obecnie o sile defensywy Celty, która pomimo niezwykle ofensywnego usposobienia, straciła zaledwie 11 goli w bieżącym sezonie, czyli mniej niż Duma Katalonii!

Kolejnym przykładem jest Manuel Agudo Durán, znany lepiej szerszej publiczności jako Nolito. Napastnik z przeszłością również w Blaugranie, gdzie nie dostał prawdziwej szansy i trafił następnie do Benfiki Lizbona, skąd wykupiła go Celta. Dla ekipy z Galicji stał się kimś, kim jest dla Barcelony Leo Messi. Nolito rozpoczął właśnie swój trzeci sezon w barwach Celestes, a wpływ na grę zespołu ma ogromny. Wybitna forma filigranowego Hiszpana pozwala klubowi z Estadio Balaídos myśleć o czymś więcej, niż tylko o utrzymaniu. 29-latek w trwającym sezonie zdobył aż 7 goli i dołożył do tego 3 asysty. Nolito jest liderem swojego zespołu, przez którego przechodzi każda akcja ofensywna. Obecnie jest wyceniany na ponad 20 mln €, a należy przypomnieć, że gdy przychodził na Estadio Balaídos to kosztował… 2,6 mln €. Nie dość, że stwarza kluczowymi podaniami okazje partnerom (aż 22 takie zagrania), to dodatkowo sam jest głównym egzekutorem i jednocześnie najlepszym snajperem oraz asystentem Celty. Swoimi rajdami (często ze skrzydła zbiega do środka boiska) całkowicie gubi środkowych obrońców, momentami wkręcając ich w ziemię. Wyśmienitymi podaniami przecina defensywę każdego zespołu, a repertuar jego uderzeń na bramkę i sposób, w jaki zdobywa gole może świadczyć tylko o tym, że do perfekcji opanował tą sztukę. 

Poniżej dwa, jakże odmienne gole Nolito, w meczach z Barceloną i Realem.




Do Celty pasuje zatem określenie „Mała Barcelona”, ale nie odnosi się ono do kadry złożonej z byłych zawodników Dumy Katalonii, lecz definiuje styl gry ekipy z Galicji, jakże podobny do tego, który jest uprawiany przez team Luisa Enrique, notabene poprzedniego szkoleniowca Los Celtiñas. Charakteryzuje się on zdobywaniem przewagi na boisku poprzez długie utrzymywanie piłki (średnio 61,5% na mecz), krótkimi podaniami (84% celność na spotkanie), bombardowaniem bramki rywali (średnio 15,7 na jedną potyczkę), a także agresywnym pressingiem na połowie rywala. Wszystkie te elementy, w połączeniu z wyprowadzaniem szybkich ataków (21,9 na mecz), wysokimi umiejętnościami technicznymi i grze na jeden kontakt sprawiają, że wiele zespołów ma olbrzymie problemy rywalizując z klubem z Vigo.

Nieprzypadkowo gra Celty wygląda właśnie w ten sposób. Jej trenerem jest obecnie Eduardo Berizzo, były asystent Marcelo Bielsy w reprezentacji Chile, a także w przeszłości obrońca Błękitno-białych. Latynoski temperament argentyńskiego trenera Celty dał o sobie znać kilka razy w trakcie kariery, najpierw jako piłkarza, a następnie trenera. Berizzo dostał kiedyś, w jednym sezonie ligowym, aż 4 czerwone kartki, natomiast w barwach reprezentacji został zawieszony na cztery mecze, będąc asystentem Bielsy podczas MŚ w RPA w 2010 roku. Największym sukcesem Argentyńczyka jest, jak dotychczas, zdobycie mistrzostwa Chile z drużyną O’Higgins. Co ciekawe, kontrakt trenera Celty wygasa z końcem sezonu 2015/16.

Kilka tygodni temu o potencjale Celty boleśnie przekonała się sama Barcelona, która poniosła na Estadio Balaídos druzgocącą porażkę, aż 1:4.


Aż 45% ataków przeprowadzanych przez Nolito i spółkę okazało się wygranych w starciu z Dumą Katalonii:
źródło: Squawka
Los Celtiñas prezentują świetną formę w ofensywie, bazując na dynamicznych atakach magicznego trio Nolito-Orellana-Aspas. Jednak należy wspomnieć o tym, że nie byłoby to możliwe, gdyby nie świetna praca, za jaką w środkowej linii pomocy jest odpowiedzialny Augusto Fernández. Argentyńczyk nie tylko reguluje tempo gry, rozdzielając z wielką precyzją piłki do swoich kolegów, ale również przerywa akcje rywali. Jego wskaźnik celnych podań jest na bardzo wysokim, wręcz imponującym poziomie – 91%.

źródło: Squawka
Celta w letnim okienku transferowym była mało aktywna na rynku. Na uwagę zasługuję sprowadzenie Daniela Wassa z francuskiego Evian TG za 3 mln €. Duńczyk zastąpił w ekipie Celestes swojego rodaka, Michaela Krohn-Dehliego, który za darmo odszedł do Sevilli. Wass znakomicie wprowadził się do zespołu, bowiem zdążył już zdobyć 2 gole. Jednak największym wzmocnieniem Los Celtiñas jest odzyskanie Iago Aspasa. 28-letni wychowanek Celty, po tułaczkach w Liverpoolu i Sevilli, powrócił do swojego macierzystego klubu, gdzie utworzył zabójcze ofensywne trio z Nolito i Orellaną.

W ostatniej serii gier Celta (niepokonana po 8. kolejkach) zmierzyła się w meczu na szczycie z Realem Madryt, także zespołem bez porażki. Oba zespoły stworzyły fantastyczne widowisko na Estadio Balaídos. Królewscy ostatecznie pokonali zespół Eduardo Berizzo 3:1, ale piłkarze Celty nie powinni mieć żadnych powodów do wstydu po tym meczu. Przez ponad pół godziny grali w „10”, po czerwonej kartce Gustava Cabrala, ale to właśnie Błękitno-biali nadawali ton wydarzeniom na boisku! Gdyby nie fenomenalna forma Keylora Navasa, to kto wie, jakim wynikiem skończyłby się szlagier 9. serii spotkań La Liga. Po meczu kibice Celty docenili grę swojego zespołu, nagradzając piłkarzy owacją na stojąco.


O byłych defensorach Barcy napisałem powyżej. Jednak prawdziwą rewelacją linii obrony jest wychowanek Célticos, Hugo Mallo, który występuje na prawej flance. 24-latek często włącza się w akcje ofensywne swojego zespołu, dzięki czemu może się pochwalić już trzema ostatnimi podaniami. Niewiele mu ustępuję, grający na przeciwległej stronie boiska, lewy defensor Jonny Castro (2 asysty). Liderem formacji defensywnego kwartetu jest jednak najbardziej doświadczony i jednocześnie najstarszy (ur. w 1985 r. – przyp. red.), Argentyńczyk Gustavo Cabral .Pozostali piłkarze są dużo młodsi i pochodzą z roczników ’89-’95.

Celta stara się czerpać dobre wzorce od najlepszych. W sztandarowy sposób prowadzi swoją akademię piłkarską – ‚Canterę’. To właśnie z niej wywodzi się aż siedmiu piłkarzy, którzy znajdują się aktualnie w kadrze Eduardo Berizzo. Mowa o dwóch bramkarzach – Sergio Álvarezie i Rubénie Blanco, obrońcach – Hugo Mallo i Jonnym Castro, pomocnikach – Levym Madindzie i Borsze Fernándezie oraz napastniku, Iago Aspasie. Aż czterech z nich ma pewne miejsce w podstawowej jedenastce.

Pomysł Eduardo Berizzo, polegający na systematycznym i stopniowym wprowadzaniu młodzieży do wyjściowego składu Celty, z pewnością zaprocentuje w przyszłości i sprawi, że ekipa z Estadio Balaídos będzie zespołem, który na stałe zagości wśród potentatów Primera Division, a także będzie regularnie kwalifikować się do europejskich pucharów.

Jedynym problemem drużyny z Galicji może być dość wąska i bardzo młoda kadra (trzecia w La Liga pod tym względem), licząca ledwie 22 graczy. Dlatego posiadanie ‚Cantery’ jest tak ważne dla takiego klubu, jak Celta. Doskonałym przykładem jest niezwykle utalentowany, zaledwie 19-letni Santi Mina, który czterema golami, strzelonymi w poprzednim sezonie w meczu z Rayo Vallecano, zrobił sobie świetną reklamę i został przed rozpoczęciem obecnych rozgrywek wytransferowany do Valencii aż za 10 mln €!

Artykuł został także opublikowany na portalu NaszFutbol.com.

niedziela, 25 października 2015

Siedem powodów kryzysu Sevilli w Primera Division

Sevilla FC - zespół, który w poprzednim sezonie był jedną z największych rewelacji zarówno w Hiszpanii, jak i w całej Europie, w obecnym zawodzi na całej linii, prezentując futbol nijaki, zupełnie nieprzystojący do swoich standardów, a także posiadanej kadry.

Źródło: Frobles, CC 4.0
Seviilistas w tegorocznych rozgrywkach przypominają nędznego pięściarza, który tylko prosi się w kolejnym meczu (walce) o jak najmniejszy wymiar kary, używając terminologii bokserskiej – nokdaun. Aż trudno w to uwierzyć, ale po pięciu kolejkach zespół Grzegorza Krychowiaka zajmował ostatnie miejsca w Primera Division z dorobkiem zaledwie… dwóch punktów! Dopiero szósta seria przyniosła, odniesione w wielkim bólach, pierwsze ligowe zwycięstwo z Rayo Vallecano (3:2).

Po rozegraniu ośmiu kolejek klub z Andaluzji plasuje się na odległym, trzynastym miejscu w ligowej tabeli, z dziewięcioma punktami na koncie i tylko dwiema wygranymi! Gdzie zatem należy szukać przyczyn głębokiego kryzysu drużyny Sevilli?

Poniżej przedstawiamy siedem elementów niespodziewanej i całkowicie niezrozumiałej zapaści klubu z Estadio Ramón Sánchez Pizjuán: 

Po pierwsze – słaba skuteczność Sevilli w linii ataku. Szokującym faktem jest liczba goli (8), zdobyta przez andaluzyjski klub w obecnych rozgrywkach. Sevilli do dzisiaj odbija się czkawką sprzedaż w letnim okienku transferowym do Milanu najlepszego snajpera – Carlosa Bakki za 30 mln €. Kolumbijczyk był kluczowym graczem Sevilli w poprzedniej kampanii. Zdobył aż 20 bramek, będąc piłkarzem nie tylko efektywnym, ale także mającym duży wpływ na oblicze zespołu.

Piłkarze, którzy zostali w kadrze nie prezentują obecnie tego poziomu, co Bacca. Brakuje im nie tylko klasy sportowej, nie tylko sprawiają wrażenie zagubionych, ale również są pozbawieni największego waloru, jaki jest wymagany od napastnika. Mianowicie, ich skuteczność pozostawia bardzo wiele do życzenia i jest na marnym, żeby nie napisać katastrofalnym, poziomie.

Kevin Gameiro w poprzednim sezonie doskonale sprawdzał się w roli rezerwowego, jednak powierzona mu rola napastnika pierwszego wyboru w obecnych rozgrywkach, znacznie go przerosła. Francuz w ośmiu meczach zaledwie dwa razy trafił do siatki. Kolejny „snajper” – Ciro Immobile. Włoch wypożyczony z Borussii Dortmund nie znajduje prawie w ogóle uznania w oczach Emery’ego i nie spełnia pokładanych w nim nadziei, będąc wiecznym rezerwowym. Dotychczas spędził na boisku tylko 92 minuty, zaledwie raz zaczynając mecz w podstawowym składzie.
Kolejny gracz z linii ataku, Fernando Llorente, dostosował się do poziomu swoich kolegów i także zawodzi. Niezwykle doświadczony snajper do Hiszpanii powrócił po średnio udanej przygodzie z Juventusem Turyn. W La Liga zdobył ponad sto goli, a w obecnym strzelił tylko jedną bramkę w pięciu meczach, a następnie… szybko doznał kontuzji. Ostatnim zawodnikiem wartym wspomnienia jest Gaël Kakuta, młody Francuz kupiony z Chelsea Londyn. Dotychczas na placu gry był praktycznie nieobecny, ma na koncie nieco ponad trzydzieści rozegranych minut.

Słaba forma napastników Sevilli ma wielki wpływ na zadziwiającą nieskuteczność całej ekipy z Andaluzji. Ekipa Emery’ego ma wielkie trudności z trafianiem do siatki. Marnowanie stuprocentowych okazji to największa zmora zespołu w obecnych rozgrywkach. W ostatniej ligowej potyczce z Eibar w prostych sytuacjach koledzy Krychowiaka nie potrafili znaleźć drogi do siatki. Pomimo stworzenia sobie wielu dogodnych okazji, tylko raz udało im się pokonać bramkarza rywali. Znamienne są statystyki. Gracze Sevilli muszą oddawać średnio aż 14,5 strzału na bramkę, aby zdobyć jednego gola w meczu, natomiast w poprzednim sezonie wystarczało im do tego zaledwie 6,6 (źródło: WhoScored).

Po drugie – znaczne obniżenie formy motorycznej i fizycznej zespołu. Piłkarze prowadzeni przez Unaia Emery’ego mają wyraźne problemy w tym aspekcie. Na boisku często odstają fizycznie od swoich rywali. Grzegorz Krychowiak także nie jest w swojej optymalnej dyspozycji, ale wydaje się, że z meczu na mecz wygląda to coraz lepiej. Polak – jako jedyny ze wszystkich kolegów z drużyny – wystąpił od początku do końca w każdym meczu.

Po trzecie – plaga kontuzji, która nawiedziła Sevillę w ostatnich tygodniach i mocno skomplikowała Emery’emu ustawienie zespołu w kolejnych meczach. Hiszpański szkoleniowiec miał nie lada zadanie, aby w odpowiedni sposób zmodyfikować i zmienić – niejako z przymusu – pozycję niektórym zawodnikom. Krychowiak, zamiast w pomocy, z konieczności został cofnięty do środka obrony, wobec urazów czołowych defensorów klubu. Na zwolnieniu L4 przebywali, lub dalej przebywają, tacy gracze, jak: bramkarz Beto, trzech stoperów (Carriço, Pareja, Rami) oraz mózg zespołu, kreator gry – Éver Banega. Z kontuzjowanych piłkarzy do zdrowia zdążyli wrócić dwaj ostatni, jednak brak w składzie Argentyńczyka i Portugalczyka jest bardzo odczuwalny. Widać to było w przegranym meczu z Manchesterem City w rozgrywkach LM, kiedy Obywatele zwycięskiego gola zdobyli w przedłużonym czasie gry.

Mając do dyspozycji tylko jednego środkowego obrońcę Timothée Kolodziejczaka, Emery zdecydował się na sprowadzenie w trybie awaryjnym Marco Andreolliego z Interu Mediolan.

Po czwarte – kontuzje czołowych obrońców, które mają ogromny wpływ na postawę całego zespołu w defensywie. Dziurawa niczym szwajcarski ser obrona Sevilli, dopuściła do straty aż 12 bramek. Potwierdzeniem bardzo słabej dyspozycji podopiecznych Emery’ego w grze obronnej jest statystyka dotycząca odbiorów – 16 na mecz (najsłabszy wynik w całej La Liga) i przechwytów – 17,3, co plasuje Andaluzyjczyków na czwartym miejscu od końca w tej klasyfikacji. Należy wspomnieć, że wielki udział w obu tych niechlubnych statystykach ma Grzegorz Krychowiak (odpowiednio 2,3 i 4,3).

Inną przyczyną kiepskiej gry Sevilli w linii obronnej jest forma obu bramkarzy Los Nervionenses – Sergio Rico i Beto. Hiszpan i Portugalczyk raczej nie pomagają swojemu zespołowi w tym sezonie, a popełniają proste błędy, które kończą się golami dla rywali. Największym mankamentem jest ich gra na przedpolu oraz słaba skuteczność interwencji. Pierwszy z wymienionych legitymuje się wskaźnikiem na poziomie 68%, natomiast drugi – 75%. Te wyniki dają Rico miejsce praktycznie na samym końcu spośród wszystkich bramkarzy La Liga, natomiast od Beto lepszych jest tylko pięciu graczy na tej pozycji.

Irytować mogą także straty ekipy Emery’ego przy wyprowadzaniu akcji ofensywnych i zbyt duże dysproporcje między pierwszą, a drugą połową gry, jeśli bierzemy pod uwagę intensywność przeprowadzania akcji i liczbę oddawanych strzałów na bramkę.

Po piąte – brak odpowiednich zmienników dla dwóch sprzedanych świetnych pomocników – Aleixa Vidala (do Barcelony) i Stephana M’Bii (do Trabzonsporu). Obaj piłkarze byli liderami formacji środkowej. Często brali na swoje barki ciężar zdobywania goli w trudnych momentach. Defensywny pomocnik z Kamerunu zdobył aż cztery gole i znakomicie wywiązywał się z zadań w destrukcji, przecinając często groźne akcje rywali. Natomiast Vidal, oprócz czterech trafień, swoimi wyśmienitymi występami nie tylko zapracował na transfer do mistrza Hiszpanii, ale zdążył także zaliczyć debiut w narodowej reprezentacji Hiszpanii (z Kostaryką).

Sprowadzeni na ich miejsce Steven N’Zonzi oraz Yevhen Konoplyanka nie zdołali odpowiednio wkomponować się do zespołu, zaadaptować do stylu gry. Po odejściu trzech czołowych piłkarzy (o Bacce była mowa wyżej) Los Nervionenses zupełnie nie przypominają ekipy, która jeszcze na wiosnę cieszyła się z wygrania trofeum Ligi Europy i zajęcia piątego miejsca w Primera División.

Zawodzi zwłaszcza Francuz, sprowadzony z angielskiego Stoke aż za 10 mln €. Defensywny pomocnik odstaje nie tylko formą fizyczną, ale także słabo zabezpiecza dostęp do bramki, popełniając przy tym wiele prostych błędów w wyprowadzaniu piłki, co w jednym meczu skończyło się dla niego poważnymi konsekwencjami.
 Ukraiński skrzydłowy także nie miał dobrego wejścia do ekipy Emery’ego. Ostatnie tygodnie dają nadzieję, że szybko się to zmieni. To właśnie 26-latek zapewnił Sevilli pierwsze zwycięstwo w Primera División, w meczu z Rayo, a w rozgrywkach LM uzyskał swoje premierowe trafienie w konfrontacji z Manchesterem City.



Po szóste – policzkiem dla Sevilli jest także sytuacja w ligowej tabeli. Nawet lokalny rywal, Betis, ma w tej chwili 3 punkty więcej. Martwić może także bardzo słaba gra zespołu Emery’ego na wyjeździe. Wydaje się to wręcz nieprawdopodobne, ale ostatni raz w roli gości andaluzyjska ekipa wygrała 23 maja 2015 roku. Od tego czasu siedem kolejnych delegacji zakończyło się czterema porażkami i trzema remisami!

Po siódme – faktem wartym odnotowania jest stadion Sevilli, który przez blisko 13 miesięcy był twierdzą nie do zdobycia. W tym czasie żaden zespół nie potrafił wywieźć kompletu punktów z Estadio Ramón Sánchez Pizjuán. Kapitalna passa zatrzymała się na 34. nieprzegranych meczach z rzędu, kiedy to w maju tego roku Real Madryt pokonał Andaluzyjczyków 3:2. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że obecny sezon jest pasmem upokorzeń i bolesnych porażek, nie tylko na wyjeździe, ale także u siebie. Podopieczni Emery’ego już dwa razy schodzili z własnego boiska na tarczy w trwających rozgrywkach, kolejno z Atletico Madryt (0:3) i Celtą Vigo (1:2), czyli więcej, niż w omawianym wyżej okresie!



Wydaje się, że Sevilla potrzebuje czasu, aby wrócić do swojego właściwego rytmu i odpowiedniego poziomu, a co się z tym wiąże - również atrakcyjnej gry, która była nie tak dawno przecież, pełna nie tylko wirtuozerii i polotu, ale także pasji i charakteru. Zwiastunem, że nadchodzą lepsze czasy dla Sevillistas, może być wygrana z Barceloną 2:1 oraz genialny tamtego wieczora występ Michaela Krohna-Dehliego. Obecna sytuacja andaluzyjskiego zespołu w rozgrywkach krajowych i pucharowych nie wygląda zbyt dobrze, ale zgrywanie się ze sobą, coraz lepsza współpraca oraz adaptacja piłkarzy kupionych w letnim okienku, zaprocentuje niebawem. Ponadto może także cieszyć powrót do zdrowia zawodników ostatnio kontuzjowanych, którzy w poprzednim sezonie, nie raz udowadniali swoją wartość w meczach ekipy ze stolicy Andaluzji.

Artyku został także opublikowany na portalu NaszFutbol.com.

sobota, 24 października 2015

Dimitri Payet - nowa gwiazda Premier League

West Ham United w letnim okienku transferowym pozyskał piłkarza, który z powodzeniem mógłby występować w silnym europejskim klubie. Na Upton Park przybyła gwiazda w prawdziwym tego słowa znaczeniu, prosto z Ligue 1 – Dimitri Payet – która od samego początku rozgrywek Premier League świeci pełnym blaskiem, prowadząc Młoty do sensacyjnych triumfów z potentatami.
źródło: Xavier NALTCHAYAN CC 2.0
Z filigranowym Francuzem w składzie West Ham gra futbol niezwykle efektowny, jakże odmienny od tego, który był oglądany przez fanów jeszcze za czasów Sama Allardyce’a, a przy tym często nieobliczalny. Wkład Payeta w wyniki ekipy Slavena Bilicia jest ogromny. Francuz odgrywa pierwszoplanową rolę w zespole Młotów. W dziewięciu kolejkach Premier League zdobył aż 5 goli i zanotował 3 asysty. Oto jego ostatnie ligowe trafienie:
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w lipcu włodarze zespołu z Boleyn Ground dokonali jednej z najlepszych decyzji transferowych ostatnich lat. 13 mln £ zapłacili za prawdopodobnie najlepszego pomocnika nie tylko Olympique Marsylia, ale całej Ligue 1 (aż 18 asyst w poprzednim sezonie!) – piłkarza w pełni ukształtowanego, mającego świetne notowania w lidze francuskiej oraz potrafiącego błyskawicznie zaadaptować się do nowego otoczenia, bez przechodzenia jakiegokolwiek procesu aklimatyzacyjnego.

Payet zachwyca w Premier League już od swojego debiutu. Jego statystyki są niesamowite. W barwach Olimpijczyków z Marsylii był główny kreatorem gry ofensywnej, brał na siebie ciężar rozgrywania akcji. W West Hamie tylko potwierdza swoją dobrą formę i zalety, które prezentował we Francji. Jest liderem Młotów przez duże „L”.

Poniżej grafika przedstawiająca wkład 28-letniego pomocnika w wyniki WHU (stan na 23.09.2015 r.):

Źródło: OPTA


Znakomity przegląd pola, kreatywność i podania z chirurgiczną precyzją to elementy, w których Francuz czuje się najlepiej. Można powiedzieć, że Payet odpowiada za całą kreację gry ofensywnej, jest wprost do niej stworzony. To przez niego przechodzi każda akcja Młotów, a swoją mobilnością, znakomitym wyszkoleniem technicznym, a także wizją gry zaraża swoich kolegów z zespołu. Królestwem Francuza jest lewe skrzydło, z którego przeprowadza swoje ataki, ale często zbiega do środka, skąd posyła przeszywające podania przez zasieki obronne rywali. Przykładem takiej akcji jest ostatni mecz West Hamu z Crystal Palace, kiedy Francuz zaliczył asystę drugiego stopnia, ściągając na siebie uwagę obrońców Orłów z Selhurst Park. Payet odegrał piłkę do Mosesa, który obsłużył prostopadłym podaniem będącego w pełnym biegu Carla Jenkinsona. Młody Anglik z zimną krwią posłał piłkę do siatki.

Nie będzie słowem ani trochę na wyrost, jeśli napiszę, że West Ham nie zajmowałby doskonałej czwartej lokaty, gdyby nie dynamiczny Francuz.

Poniżej przedstawiamy porażające statystyki Payeta z sezonu 2015/16, które sprawiają, że pod względem kreacji gry, spośród pięciu najsilniejszych lig w Europie, Francuz nie ma sobie w tej chwili równych:

Jakże znamienną grafikę, obrazującą popisy Payeta w barwach West Hamu, możemy zobaczyć za pośrednictwem OPTY:



źródło: OPTA

West Ham United, dzięki olśniewającej postawie Payeta, jest jedną z największych rewelacji sezonu w Anglii, a jednocześnie zagadką Premier League. Z jednej strony gra futbol ładny dla oka, a przy tym skuteczny. W ataku ustępuje tylko Manchesterowi City. Młoty zdobyły dotychczas aż 20 bramek. Ponadto na rozkładzie WHU ma czołowe zespoły ligi angielskiej, na czele ze wspomnianym już Manchesterem City i Arsenalem Londyn.

Z drugiej jednak strony – razi swoją nieporadnością w defensywie oraz negatywnymi wynikami z ekipami, znajdującymi się w dolnej połówce tabeli. Pierwsze przykłady z brzegu to przegrana z Bournemouth (3:4) czy też remisy (po 2:2) z Norwich i Sunderlandem. Głównym problemem podopiecznych Slavena Bilicia jest zatem brak stabilizacji, utrzymania właściwego poziomu formy.

Wysoka skuteczność West Hamu jest nie lada zaskoczeniem, bowiem w całych poprzednich rozgrywkach Młoty zdobyły zaledwie 44 gole, co możecie zobaczyć na poniższej grafice ):

źródło: Squawka
Pod wodzą Bilicia Młoty całkowicie zerwały ze swoim dotychczasowym wizerunkiem, który charakteryzował się stylem topornym, typowo angielskim. W poprzednich rozgrywkach ekipa ze wschodniego Londynu zakończyła sezon na 12. miejscu w tabeli Premier League, z mizerną skutecznością (dopiero 11. miejsce pod tym względem w całej stawce). Dodatkowo, od stycznia do maja, West Ham wygrał zaledwie… trzykrotnie.

Przyjście Bilicia zmieniło ten stan rzeczy i z brzydkiego kaczątka zespół stał się pięknym łabędziem, prezentując przy tym futbol niezwykle atrakcyjny i przyjemny dla oka. Niekwestionowaną rolę odgrywają w tym zawodnicy sprowadzeni w letnim oknie transferowym. Bilić potrzebował graczy o profilu zbliżonym do gry chorwackiej reprezentacji, której sam był reprezentantem, a później selekcjonerem. Na Boleyn Ground przybyli znani snajperzy – Nikica Jelavic i Victor Moses, których doświadczenie i umiejętności są niezbędne. Obaj napastnicy stanowią cenne uzupełnienie składu dla będących już wcześniej w zespole Diafry Sakho (3 gole w PL) czy też Ennera Valencii (obecnie kontuzjowanego). Jednak prawdziwą furorę zrobiło sprowadzenie do Młotów Dimitriego Payeta.

Francuz od razu po przyjściu do zespołu stał się jego niekwestionowaną gwiazdą i liderem środka pola. Ustawiony na lewym skrzydle lub pozycji numer ’10’, swoimi dryblingami, nieszablonowymi zagraniami, a także dokładnymi podaniami, napędza cała grę West Hamu w ofensywie. Jego efektywność, skuteczność i podejmowanie dobrych decyzji ma niebagatelny wpływ na cały zespół i jego wyniki.

Niezwykle owocnie wygląda także współpraca Payeta z Argentyńczykiem Manuelem Lanzinim (wypożyczonym z Al-Jaziry). Obaj znakomicie się uzupełniają na boisku, często zmieniając pozycje i kreując grę ofensywną. W ostatnich sześciu meczach, w których występowali razem na boisku, Młoty zdobyły aż 14 bramek i nie poniosły ani jednej porażki! Elastyczność i płynność gry West Hamu jest możliwa dzięki francusko-argentyńskiemu duetowi, który będąc w ciągłym ruchu, dynamicznymi szarżami sieje spustoszenie w szeregach obronnych przeciwników.

 Pod wielkim wrażeniem umiejętności Payeta jest trener londyńczyków z Upton Park, Slaven Bilić, cytowany przez serwis FourFourTwo. Chorwat podkreśla, jak ważnym i dobrym graczem jest Francuz dla ekipy z Upton Park:

- Myślę, że od teraz wszystkie zespoły będą bacznie zwracać uwagę na Payeta. Może był on dotychczas postacią anonimową dla fanów naszego zespołu, ale dla pasjonatów piłki nożnej jest graczem znanym od dawna. Payet ma jakość, dzięki której zespół odpowiednio funkcjonuje.

Całkowicie niezrozumiałe są w tej chwili decyzje selekcjonera reprezentacji Francji, Didiera Deschampsa, który nie dostrzega Payeta, pomijając go notorycznie przy wysyłaniu powołań do reprezentacji Tricolores. Pomocnik West Hamu odniósł się do tej sytuacji w rozmowie z francuskim dziennikiem L’Equipe:

- Czuję, że jest to niesprawiedliwe, że nie ma dla mnie miejsca w kadrze Francji. To już więcej niż rok, kiedy utrzymuję najlepszą formę w całej mojej karierze, a nawet mogę grać jeszcze lepiej. Nie rozumiem jakie są oczekiwania wobec mnie. Dzisiaj przeżywam swój piękny sen w Anglii. Natomiast – co do drużyny narodowej – kiedy z jej powodu mam czuć się nieszczęśliwy, to ja nie chcę tego.

Dotychczas Payet wystąpił w 15 meczach Les Bleus. Swoje ostatnie spotkanie w reprezentacji Francji rozagrał 7 czerwca 2015 roku, kiedy to udało mu się zdobyć swoją premierową bramkę (w przegranym 3:4 meczu z Belgią).

Natomiast jeśli chodzi o grę Francuza w West Hamie, to ręce po każdym jego występie same składają się do oklasków. 28-latek nie tylko strzela gole, ale także kreuje sytuacje bramkowe, zaliczając ogromną liczbę kluczowych podań.

Na swoim koncie ma aż 32 takie zagrania w bieżących rozgrywkach oraz trzy ostatnie podania:

źródło: Squawka
Aż trudno w to uwierzyć, że Payet nie trafił do klubu z dobrej europejskiej półki, tylko do ligowego średniaka Premier League. Taki zawodnik to skarb dla drużyny z Upton Park i całej ligi angielskiej. Z formą prezentowaną dotychczas przez 28-letniego pomocnika drużyna Slavena Bilicia może myśleć śmiało o miejscu w czołowej szóstce na koniec sezonu, a także starcie w przyszłorocznej edycji europejskich pucharów.

Tekst został opublikowany także na stronie Naszfutbol.com.

piątek, 23 października 2015

LE: remis Legii z Club Brugge niczym porażka

Legia Warszawa, po bezbarwnym spotkaniu pełnym błędów, nonszalancji i długich przestojów, zaledwie zremisowała z Club Brugge 1:1, w 3. kolejce Ligi Europy. Podział punktów z Belgami ogranicza do minimum szansę Warszawian na wyjście z grupy. 

źródło: Илья Хохлов, CC 3.0
Legia przystąpiła do starcia z wicemistrzem Belgii w identycznym składzie, jak kilka dni wcześniej w ligowym meczu z Cracovią.
Taktyka obrana przez Stanisława Czerczesowa nie okazała się zbawienna dla Legionistów i nie niosła za sobą takiego zagrożenia, jak miało to miejsce zaledwie cztery dni wcześniej na ligowym podwórku.

Już od pierwszych minut meczu zaczęła zarysowywać się coraz większa przewaga zespołu z Brugii, który narzucił swój styl gry i raz za razem, z dziecinną łatwością, przedostawał się na połowę Legii poprzez szybkie kontry i koronkowe akcje, w których prym wiodło trio Izquierdo – Diaby – Vossen.

Natomiast drużyna ze stolicy miała ogromne problemy z konstruowaniem składnych ataków na połowie rywala. Bardzo kłuły w oczy proste straty, niedokładne podania, a także brak odpowiedniego wyczucia i tempa w rozegraniu.

Podopieczni Michela Preud’homme’a, byłego znakomitego bramkarza m.in. Standardu Liège i Benficy Lizbona, nadawali ton wydarzeniom na boisku przy ul. Łazienkowskiej 3. Przebieg spotkania wyglądał tak, jakby to Brugia grała u siebie, a Legia była gościem. Wicemistrz Belgii stwarzał sobie bardzo dużo klarownych okazji, ale w decydujących momentach brakowało dokładności, szczęścia albo na przeszkodzie stawał bramkarz Wojskowych, Dušan Kuciak.

Dużo lepiej pod względem fizycznym wyglądała drużyna Club Brugge. Legioniści nie nadążali za akcjami gości, a ponadto wszystkie formacje trenera Preud’homme’a bardzo inteligentnie przemieszczały się po boisku, płynnie współpracując ze sobą, czego nie można napisać o grze Legii. Podopieczni Czerczesowa nie dość, że dali się wyprzedzać i nie nadążali za dynamicznymi belgijskimi piłkarzami, to w dodatku brakowało im pewności siebie i zdecydowania w prostych sytuacjach, chociażby przy wybiciach piłek z własnego pola karnego.

39. minuta przyniosła więc zasłużoną bramkę dla wicemistrza Belgii. Po rzucie rożnym Brandon Mechele doszedł do sytuacji strzeleckiej. Jego uderzenie obronił Kuciak, ale przy dobitce Davy’ego De Fauwa słowacki bramkarz powinien zachować się lepiej. Z pewnością częściowo ponosi winę za utratę gola.



W 43. minucie, gdyby nie nonszalancja i niefrasobliwe zachowanie Jose Izquierdo, byłoby prawdopodobnie „po meczu”. Kolumbijczyk w sytuacji sam na sam minął golkipera Legii, ale jego zbyt lekkie uderzenie wybił z bramki, będący jednym z najlepszych w szeregach Legionistów, Igor Lewczuk.

O pierwszej połowie meczu gospodarze powinni zapomnieć, ponieważ – delikatnie mówiąc – ich gra była na bardzo niskim poziomie. Za najlepszy komentarz podsumowujący 45 minut gry Legionistów może posłużyć tweet jednego z dziennikarzy stacji NC+:
Druga połowa i wstrząśnięcie zespołem w szatni przez Czerczesowa przyniosło szybkie efekty. W 51 min. do wyrównania doprowadził Michał Kucharczyk po bardzo ładnej i jednej z niewielu składnych akcji Warszawian w przekroju całego meczu. Piłkę znakomicie rozprowadził Tomasz Jodłowiec, który prostopadłym podaniem uruchomił Ivana Tričkovskiego (wprowadzonego po przerwie). Macedończyk idealnie dograł do skrzydłowego Legii, któremu nie pozostało nic innego, jak wpakować piłkę do siatki.



Legia wyraźnie się ożywiła w drugiej części gry i szybko chciała pójść za ciosem. Strzał Jodłowca z 62. min. z wielkim trudem obronił golkiper przyjezdnych, Sébastien Bruzzese. Gdy podczas pierwszych 45 minut Legioniści razili nieporadnością, a także byli zbyt bojaźliwi, to na drugą połowę wyszli z determinacją, większym zaangażowaniem, pazurem i chęcią przechylenia wyniku na swoją korzyść. Zaczęli stwarzać dobre okazje, prezentując przy tym więcej ruchu i dynamiki w konkretnych akcjach, pokazując się częściej do gry, oraz atakować większą liczbą graczy, niż miało to miejsce w pierwszej połowie, gdy Nemanja Nikolić nie miał żadnego wsparcia wśród kolegów.
Należy zwrócić także uwagę na fakt, że druga linia Belgów wyglądała znacznie lepiej, niż Legionistów. Wicemistrzowie Belgii notowali więcej odbiorów, byli bardziej agresywni. Natomiast podopieczni Czerczesowa pozostawiali zbyt dużo swobody graczom Preud’homme’a, irytowały także zbyt duże odległości pomiędzy poszczególnymi piłkarzami formacji środka pola polskiego zespołu.

Legia, ponadto, nie miała żadnego pożytku z gry długimi przerzutami do osamotnionego Nikolicia, który tego dnia był zupełnie bezproduktywny. Większość takich zagrań kończyła się stratą.
Dużo większą korzyść i zagrożenie dla bramki wicemistrza Belgii dawały akcje Legii po ziemi – właśnie w ten sposób padł wspomniany wyżej gol wyrównujący. Irytować mogły zbyt duże przestoje oraz brak stabilizacji i ciągłości we współpracy pomiędzy poszczególnymi graczami wicemistrza Polski.
Podsumowując, Legia rozegrała bardzo nierówne, szarpane spotkanie. W pierwszej połowie wyglądała koszmarnie, natomiast druga przyniosła tylko przebłyski, momenty gry na zadowalającym poziomie. Ale powiedzmy sobie szczerze – klub ze stolicy nie zasłużył na wygraną. Remis Legii z Brugge praktycznie przekreśla szanse polskiego zespołu na awans do 1/16 finału Ligi Europy. Zbyt defensywne i mało odważne podejście w pierwszej części gry oraz kilka udanych zagrań w drugiej to znacznie poniżej oczekiwań i potencjału zespołu z Warszawy. Zabrakło argumentów piłkarskich i umiejętności, a na dobrych chęciach się skończyło. Wymęczony remis 1:1 z wicemistrzem Belgii mocno komplikuje Legionistom sytuację w grupie, bowiem po trzech meczach tracą aż pięć punktów do zajmującego drugą pozycję w tabeli Midtjylland.
Opublikowany tekst oraz wiele innych można także przeczytać na nowym portalu sportowym NaszFutbol.com.